Oficyny #2: Opus Elefantum Collective

Kosmos, natura, kasety VHS i leśne techno.

W dostępnym na stronie nowamuzyka.pl podsumowaniu 2019 roku wspomniałam, że Opus Elefantum Collective to jedno z najciekawszych rodzimych zjawisk muzycznych ostatnich kilkunastu miesięcy. Od publikacji tekstu minęły niecałe trzy miesiące, a katalog labelu został wzbogacony o kolejne wydawnictwa, które tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. O samym kolektywie przeczytać możecie na Screenagers.pl, tutaj natomiast krótko omówię moje ulubione albumy, które ukazały się pod jego szyldem. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo tym, co ładne, trzeba się dzielić.

Bałtyk – „17:01:02:7 11:​30:2019 (Bałtyk on Radio Aktywne Studyjnie)”


Bałtyk to jeden z moich ulubieńców, jeśli mowa o podopiecznych Opus Elefantum Collective, a przy okazji artysta, który dorzucił do jego katalogu najwięcej wydawnictw. Pierwsze dwa, czyli „Self​-​help Pt​.​1” i „Self​-​help Pt​.​2”, urzekają delikatnym, subtelnym brzmieniem. Nieskomplikowanym, ale bazującym na skrajnościach; jednocześnie kojącym i obezwładniającym klaustrofobiczną wręcz atmosferą. Takie patenty są zresztą dla Bałtyku bardzo charakterystyczne, bo proste rozwiązania tworzą tu naprawdę gęstą przestrzeń. Dobrze ujął to Marcin Kornacki – ten, porównując projekt Michała Rutkowskiego do twórczości Mount Eerie i The Microphones, pisze o muzyce, która „przytłacza i w pewnym sensie wręcz osacza odbiorcę: poniekąd sprawia, że ściany wydają się przybliżać, a drzwi pozbawione są klamek”. I tak jest również w przypadku „17:01:02:7 11:​30:2019 (Bałtyk on Radio Aktywne Studyjnie)” – wydawnictwie live wzbogaconym o cudowny cover otwierający, czyli „Washer”, w oryginalne dostępny na „Spierland” Slint. W marcu tego roku Bałtyk wydał natomiast album „I’ll Try Not To Wake You”, który tylko potwierdza, że Rutkowski jest jednym z ciekawszych rodzimych „autorów od intymnych piosenek”. Ładnych piosenek.

Foghorn – „Corona”


Tuż po premierze „Corony”, tworzący Foghorn Tomasze Turski opowiadał mi, że nagrywanie wspomnianego albumu było dla niego „ucieczką od przytłaczającej samotności”, dlatego „ten muzycznie opisany w siedmiu kompozycjach rok wybrzmiewa głównie melancholią i tęsknotą, spośród których jedynie miejscami przebijają się bardziej optymistyczne nastroje”. Ponadto, wydawnictwo to idealnie wpisuje się ideę „łączenia natury z kosmiczną aurą”, od początku przyświecającą twórcom zrzeszonym w Opus Elefantum Collective. W wielu recenzjach „Corony” znaleźć można odniesienia z jednej strony do wszechświata, z drugiej zaś do mistycznych lasów, a zdaniem Turskiego „najprostsza droga do wszechświata prowadzi właśnie przez leśne ostępy”. Albo przez „ambient folk, oparty na gitarowych fundamentach”, w którym Foghorn tak świetnie się odnajduje.

Haptar – „Brave Enough”


„Brave Enough” to piękne melodie grane podczas burzy. Dogasające ognisko w środku ciemnego lasu. Ciepły deszcz z gęstych, ciemnoszarych chmur. Ambientowe pejzaże przełamane gitarowymi przesterami. Ujmujące zestawienie ciepłych barw i ciemnoszarych odcieni. Opisując album, można odnieść się do takich etykiet, jak post-rock, slowcore, czy lo-fi, ale zamiast prostych wyliczeń, lepiej oddać pierwszeństwo zmysłom.

Janusz Jurga – „HYPNOWALD”


Najpierw były „Duchy Rogowca”, czyli „mity, które można wskrzesić” za pomocą pulsującego, żarzącego się techno. I to właśnie na „Duchach Rogowca” Janusz Jurga po raz pierwszy zaproponował brzmienie, które odkreślić można jako przytłumione leśne rejwy, a które kontynuowane jest na albumie „HYPNOWALD”. Co prawda, ten ostatni nie opiera się na tak wyraźnym koncepcie, ale nadal nasączony jest ujmującym, wciągającym, ambientowo-dubowym klimatem. Twórczość Jurgi często porównywana jest do dokonań GASa i zdaje się, że to zdecydowanie dobry trop. W końcu sam autor mówi, że słuchając GASa „czuje się, jakby przemierzał tereny nieznane, niebezpieczne, może nawet nie mające końca”, ja natomiast tak rozumianą tajemniczość odnoszę do samego „HYPNOWALD”.

Spopielony – „Legendy”


Jarek Szczęsny opisał „Legendy” za pomocą haseł „duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient” zaznaczając, że „być może nie więżą one słuchacza w lochu, ale na pewno zamykają w szczelnej kasecie”. Wszystkie te wskazówki są jak najbardziej pomocne w scharakteryzowaniu twórczości Spopielonego, który wśród swoich inspiracji i fascynacji wymienia m.in. taśmy VHS, hauntologię, estetykę lo-fi, dungeon synth oraz „widmową” materialność. Nie dajcie się jednak zmylić – „Legendy” nie są klasycznym dungeon synthem, a w warstwie brzmieniowej bliżej im do „Krainy Grzybów” niż do tolkienowskiego rozmachu. Chociaż, z drugiej strony, bywa różnie.

Vysoké Čelo – „Wzium!”

Co było w kosmosie, zostaje w kosmosie”. No to wzium!

Sześć wydawnictw na początek wystarczy – będę miała pretekst, by w niedalekiej przyszłości znów wrócić do katalogu Opus Elefantum Collective. Zwłaszcza, że znajdzie się w nim kolejna intrygująca pozycja.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s