Odbiornik #5: Wszyscy jesteśmy multidyscyplinarni – Natalia Gawrońska-Kuntić (Kawa i Awangarda)

Bohaterką piątego odcinka cyklu „Odbiornik” jest Natalia Gawrońska-Kuntić, prowadząca fanpejdż Kawa i Awangarda oraz kanał na YouTube o tym samym tytule, obecnie pracująca również nad swoim debiutem prozatorskim. Poniżej zapis rozmowy o muzyce, trendach starszych i nowszych, vlogach, mediach społecznościowych oraz o kobietach opowiadających o popkulturze.

Emilia Stachowska: Pisanie, czy słuchanie muzyki? Pamiętasz, co było pierwsze? W jaki sposób kształtowały się twoje zainteresowania i pasje?

Natalia Gawrońska-Kuntić: Słuchanie, zdecydowanie słuchanie. W połowie lat 80. nie mieliśmy za dużo pieniędzy. Mieszkaliśmy w malutkiej kawalerce na wałbrzyskim blokowisku. Ale rodzice zorganizowali sobie skądś fajne radio z dobrymi kolumnami i od rana do nocy leciała Trójka. Moje pierwsze wspomnienia muzyczne to więc minimal synth, i to po francusku. Z jakiegoś powodu język francuski docierał do mnie mocniej niż angielski. Zresztą moja mama była jeszcze z tego pokolenia (w tym momencie mama robi obrażoną minę, a tata się śmieje), które uczyły się francuskiego, a nie angielskiego, więc jej też się to podobało.

Natomiast prezentowaną muzykę – new wave, synth, post punk, Depeche Mode, odbierałam jaką kulturę przynależną dorosłym. Nie czułam tego. Szczerze, do muzyki z przełomu lat 70/80. i z lat 80. przekonałam się dopiero niedawno. I jak zaczęłam to odkrywać na nowo, świadomie, tak przez długi czas nie mogłam przestać!

Pierwszym utworem, który uważam za “swój”, było US3 “Cantaloop”. Ukształtował mnie muzycznie na całe życie. Tak właśnie trafiłam na jazz i hip hop, i je pokochałam. Jeszcze wcześniej moją uwagę zwrócił singiel Prodigy “Everybody in the place”, tylko że wtedy bałam się panów z Prodigy, bo tak strasznie wyglądali. Ale do dzisiaj ich wymieniam jako jednego z ulubionych artystów obok, powiedzmy, Art Ensemble of Chicago, czy Milesa Davisa.

Wspominasz US3, Prodigy, Depeche Mode, czyli – jak przystało na obecne czasy – dość szeroko. Mimo to, wychowałaś się w erze subkultur – był taki moment, że jakaś z nich (lub też jakiś powiązany z konkretną subkulturą gatunek) zafascynowała cię szczególnie?

W sumie miałam “OK Computer” zaraz po premierze. Tylko nie wiedziałam wtedy, że tym się można snobować. No ale teraz chyba fani Radiohead to już subkultura, tak więc może subkultura fanów Radiohead? Najbardziej w swoim życiu snobowałam się po odkryciu rzeczy typu Autechre i Aphex Twin, czyli w drugiej połowie lat 90. To zdecydowanie nie była muzyka, której słuchali moi rówieśnicy w najbliższym otoczeniu – oni gustowali w Backstreet Boys, a później w porywach zahaczali o Nirvanę. Mój przyjaciel, który jest członkiem największego forum Radiohead, podpowiada mi w tym momencie, że trudno mówić o subkulturze, jeśli jej członkowie nie lubią ani zespołu, ani nawet siebie nawzajem.

 

OK, ale wiem o co ci chodzi. Faktycznie, przełom lat 80. i 90., a także wczesne lata 90. na moim blokowisku to jak najbardziej subkultury. Mieliśmy tam punków, których się baliśmy, bo byli dość odważnie ubrani i przeważnie pijani, i jakichś ludzi ubranych… hmm, dość dziwnie. To chyba byli ci spece od Depeszów. Ale oni wszyscy byli sporo starsi od nas i nawet z nami nie nie rozmawiali. Chyba, że chcieli od nas wydębić jakieś drobne.

Dla mojego pokolenia pierwszym ciekawym zjawiskiem był grunge. Zakradł się na podwórko w postaci flanelowych koszul i dłuższych włosów starszego rodzeństwa niektórych dzieciaków. Trochę później pojawił się hip hop. Wraz z debiutem teledysków Liroy’a w programie „Clipol” w TVP2, śpiewaliśmy na podwórku równie głośno co bezrefleksyjnie teksty kieleckiego rapera na temat twardniejących sutków, ku niewątpliwej radości naszych rodziców. Mój kuzyn był w subkulturze hip hopowej przez ładne 20 lat. Ale myślę, że mnie to wszystko jakoś ominęło. Nie byłam nigdy częścią czegoś większego.

Rozmawiałam niedawno z Piotrkiem z Palmer Eldritch. Pojechaliśmy sobie trochę po radykalnych bojówkach prog-rockowych a potem po ortodoksyjnych Depeszach kręcących inby w necie. I stwierdziliśmy, że dla kolejnej generacji taką mini-religią może być trip-hop, czy IDM, właśnie ten taki stary. Więc na stare lata, bardzo możliwe, że wreszcie się złapię na jakąś subkulturę. Nawet jak patrzę na swój fanpage, mogę zauważyć rzeczy, które zbierają obecnie najwięcej lajków.

Jak myślisz, dlaczego akurat trip-hop i IDM? Chodzi o jakąś nostalgię związaną z pierwszymi “świadomymi” odkryciami? Mnie, na przykład, te gatunki kojarzą się z radiem i następnie z czasami, kiedy to dostałam nieograniczony dostęp do Internetu (około 2005 roku, dość późno). Wiem też, że wielu moich rówieśników ma podobne doświadczenie – nie mamy jak pamiętać tej muzyki z “dawnego kiedyś”, nasz kontakt z nią to wcale nie tak odległa historia.

Bardzo możliwe. U mnie to właśnie tak było. Byłam kilkunastoletnią stulejarą bez znajomych, która w nocy słuchała radia. I pierwszym takim momentem “wow” była współpraca Garbage i Tricky’ego przy utworze “Milk” (1996). To było na liście przebojów u Niedźwiedzkiego. Garbage dla mnie się skończyli po “Version 2.0”, które skatowałam na kasecie. Bardzo, bardzo fajny pop, wówczas brzmiący niezwykle nowocześnie, dzisiaj pewnie mniej, ale wciąż fajnie. A miłość do Tricky’ego została. No i Autechre to był już kolejny poziom. Z tego, co widzę u siebie na vlogu i fanpage’u, fani takich dźwięków często mają po trzydzieści kilka lat – czyli to są te pierwsze miłości z dzieciństwa. Ale faktycznie, tej muzyki słucha też sporo młodszych. Może dlatego, że to jest naprawdę bardzo ładnie zrobiona muzyka, bardzo klimatyczna? No i baza dla wielu współczesnych gatunków, wywodzących się ze sceny brytyjskiej.

A nie sądzisz, że jest to też kwestia tworzenia pewnego rodzaju kanonu, takiej “zbiorowej wiedzy” o artystach/albumach, która mówi: “To jest klasyka!”? Mam tu na myśli np. serwisy typu RateYourMusic, dzięki którym eksplorowanie “ważnych momentów” zdaje się być o wiele łatwiejsze niż kiedyś, choć bywa to też pułapką.

O, tak! Na pewno! Do połowy 2016 roku nawet nie znałam serwisów takich takich jak Last.fm czy RateYourMusic. Ale kiedy przyjaciel mi je polecił, nie mogłam uwierzyć, jakim wielkim kanonem jest Neutral Milk Hotel! Zawsze myślałam, że to taki mało rozpowszechniony w świadomości zespół (chociaż bardzo lubię). Albo nie miałam pojęcia, ilu fanów mają Stone Roses. Oni byli faktycznie znani, ale żeby aż do tego stopnia? Z kolei Kula Shaker – chyba moja ulubiona neopsychodelia, w dodatku w połowie lat 90. w przeciwieństwie do Neutral Milk Hotel bardzo hajpowana – na RYM nie istnieje.

W ogóle miałam długą przerwę w słuchaniu muzyki, po tym jak nie mogłam się dogadać z dziewczynami z akademika, czego słuchamy. Albo inaczej: one nie dawały rady słuchać tego, co ja chciałam. Do tego studia, praca, podróże, romanse, chlanie. [śmiech] Przez wiele lat miałam inne hobby i przespałam muzycznie ponad dekadę.

Odkrycie RYM również i mi pomogło usystematyzować swoją wiedzę, odnaleźć albumy, z których kojarzyłam jedynie poszczególne utwory, usystematyzować wiedzę jazzową (o właśnie, w trakcie przerwy w muzycznym życiorysie przynajmniej się załapałam na trochę koncertów jazzowych). Zauważyłam, że są tam takie “klasyki”, które w części pokrywają się z tym, co grała tzw. “dawna Trójka”, a w części nie. Jeśli młodzi ludzie dorastali już bez radia, albo przy radiu upodlonym, stetryczałym tudzież skomercjalizowanym, Internet jest tym pierwszym źródłem odkryć, a w pierwszej kolejności wpada się właśnie na klasyki, które jeszcze bardziej umacniają swoją pozycję. Jeśli chodzi o płyty jazzowe, moje doświadczenie z RYMem podpowiada, że faktycznie, w większości przypadków te pogrubione płyty są najlepszymi w dorobku artysty. Natomiast im bliżej nowych czasów – różnie to bywa. Czasem nie potrafię zrozumieć, dlaczego świetna, ciekawa płyta ma średnią 3.08, a jakiś przeciętne i wtórne ad porzygum miauczenie smutnego chłopca ma ponad 4.0. Każdy, kto korzysta z RYMa, chyba widział ocenę, która otworzyła mu/jej nóż w kieszeni.

Może dzieje się tak dlatego, że obecnie słuchacze mają dostęp do wręcz nieograniczonej liczby baz, streamów i wydawnictw? Ich uwaga jest więc rozproszona, a dodatkowo skupiona na tym, aby odkrycie było jak najbardziej unikatowe?

To prawda, wydawnictw jest masa. Nawet ludzie, którzy słuchają w ilościach przemysłowych, jak na przykład Krzysiek Kwiatkowski, dziennikarze z akademickich stacji radiowych, czy momentami ja, nie mają szans przesłuchać wszystkiego. A co dopiero taki słuchacz hobbystyczny, który po prostu wchodzi sobie na RYMa, czy na jakiś swój ulubiony fanpage, albo włącza sobie Fantano i wybiera coś stamtąd. Zapewne w pierwszej kolejności zwróci uwagę na nagranie, które już zostało pozytywnie zweryfikowane przez innych. Dużo albumów przechodzi niezauważonych, choć może by i znalazły swoich koneserów, gdyby miały więcej szczęścia. To samo jest na rynku księgarskim, dzisiaj każdy pisze, tylko kto ma czas to wszystko czytać?

Na swoim fanpage’u zauważam, że ludzie chętniej reagują na nowość, którą już widzieli w innym miejscu. To działa też w drugą stronę. Jako pierwsza pisałam o “Tesco” Julka Płoskiego, a potem, stopniowo, im więcej osób tego słuchało, tym liczniejsze reakcje płyta dostawała na innych fanpage’ach. Jeśli więcej ludzi podchwyci jakiś temat, tworzą się nasze skromne, niszowe hajpy. Chociaż dowiedziałam się, że Julek zagra w tym roku na Unsoundzie! Czuję się jak matka wypuszczająca dziecko w daleki świat. [uśmiech]

Jak więc sobie radzisz z tym nadmiarem bodźców, o którym rozmawiamy? Prowadzisz fanpage i kanał na YT, więc dodatkowo pewnie sporo osób wysyła ci swoją muzykę.

Tak, przyznam, że jeszcze nawet nie przesłuchałam wszystkiego, co mi wysyłano w marcu, a przesłuchałam bardzo dużo (inna sprawa, że ostatnio mam urwanie głowy z innymi rzeczami i w ogóle muzyka leżała odłogiem). Na ogół muzyki słucham na spacerze. Albo w tramwaju. Albo przy czytaniu treści w Internecie. Albo przy robieniu grafik. Nie mogę na pewno słuchać przy pisaniu i myśleniu. Podzielność uwagi to mit. Na studiach nas uczyli, że uwaga przenosi się w ułamku sekundy z jednej czynności na drugą. A zatem, jeśli chcę coś zrobić dobrze, muszę się temu poświęcić w całości.

Jestem na tyle osłuchana, że wiem, czy płyta jest przeciętna, czy zapowiada się bardzo ciekawie. Jeśli jest przeciętna, to niech sobie leci w tle, dopóki nagle coś mnie ewentualnie nie zaskoczy (bo bywa i tak). Wtedy przerywam to, co robię, i faktycznie słucham skoncentrowana. Jeśli dochodzę do wniosku, że niektórym albumom nie poświęciłam wystarczająco dużo uwagi, a mogłam coś przegapić, słucham ponownie. Do wielu, bardzo wielu, w ogóle nie wracam. A do niektórych wracam po kilka razy – zwłaszcza, gdy zamierzam o nich napisać, albo po prostu mam na nie ochotę. Na pewno jeszcze wrócę do nowego Beach House, bo słuchałam tylko raz, a już wiem, że tam są slow-burnery, czyli utwory, które się wkręcają po kilku przesłuchaniach. W mojej opinii, to typowe dla popu. Może to kogoś zdziwić, ale w płycie jazzowej od razu wiem, czy jest słaba, czy dobra. A w popie nie wiem – trzeba dać parę szans melodii, tekstowi.

Jeśli ktoś mnie prosi o opinię na temat swojego dzieła, też oczywiście muszę je przesłuchać uważnie co najmniej dwa razy, żeby móc się konstruktywnie wypowiedzieć, żeby ta osoba coś miała z mojej opinii słuchacza. Gdy dostałam “Tesco”, słuchałam trzy razy non stop, bo nie mogłam się oderwać. I tu jeszcze taka refleksja, że przy większej ilości przesłuchań niż 3, przyzwyczajamy się do dzieła, nawet jeśli jest słabe lub przeciętne. Dlatego swoją opinię formułuję mniej więcej przy tej liczbie przesłuchań.

Często mówisz o jazzie, ale nie opowiedziałaś jeszcze, w jaki sposób na niego trafiłaś. No właśnie, w jaki?

Poprzez US3 i Guru w połowie lat 90., oczywiście! Do tego w jedną z pierwszych rocznic śmierci Milesa Davisa katowano w radiu jego nagrania przez cały dzień (wtedy najbardziej podobały mi się utwory z jego ostatniej płyty, która była de facto acid jazzem z gościnnym udziałem raperów). Potem, w 1997 roku, umarł Fela Kuti… znowu, genialna muzyka. Jak widzisz, to wszystko jazz z dużą domieszką funku. Do dzisiaj to mój ulubiony gatunek. A więcej tego stylu zaczęłam poznawać wraz z coroczną pracą na turnieju tenisowym w Szczecinie, gdzie imprezą towarzyszącą był festiwal jazzowy, no i jazz leciał tam przez cały czas z głośników w alejkach. Wtedy już wiedziałam, że to jest to. A kiedy zasiadłam przed biurkiem w normalnej pracy biurowej, od razu zorganizowałam sobie słuchawki i leciałam po dyskografiach. To było w 2014 roku. Wtedy oficjalnie wróciłam do muzyki, żeby się odseparować od ludzi w pomieszczeniu.

A co, po czasie, zaczęło pociągać cię w minimal wave’ach i post-punku? I dlaczego twoja uwaga skierowana jest przede wszystkim w stronę sceny “dark independent” z krajów byłego bloku wschodniego?

Bo to jest genialna muzyka! Tylko po prostu wcześniej byłam za głupia, żeby to docenić! Odrzucałam (jakże niesłusznie) tę muzykę, bo uważałam ją za przynależną starszej generacji. Ale potem grałam w taką grę na forum tenisowym, Best Song Game. Anonimowo wysyłało się utwór, a następnie wszyscy uczestnicy głosowali na ulubione nagrania. Post-punki często wygrywały, więc szybko musiałam uzupełnić swoją wiedzę i poszukać staroci na YouTube, zwłaszcza takich, którymi mogłam zaskoczyć innych, bo nie chciałam przegrywać! Właściwie, to najbardziej lubię te francuskie. Francuzi mają świetną muzyczną wyobraźnię i osiągnęli chyba swoje szczyty właśnie w minimal wave’ach (no i w ye-ye, oczywiście [śmiech] No dobrze, w progu też sobie radzili. Na przykład uwielbiam Eskaton, zespół, który połączył tę magmową odsłonę proga zwaną zeuhlem, właśnie z minimal wave).

Ale szukam nowych scen, oryginalności, nowych doznań. Rynków, które nie są oczywiste. Były blok wschodni, z Polską włącznie, miał bardzo dużo do zaoferowania w latach 80. Nie jestem z tego pokolenia, żeby mówić, że kojarzy mi się to z walką o wolność, chociaż wiem, że dla muzyków uczestnictwo w kontrkulturze stanowiło manifest. No ale ja wtedy znajdowałam się na etapie bycia wyciąganą przez mamę z łóżka o 5 rano, żeby ją przepuścili w kolejce z małym dzieckiem. Kojarzy mi się więc po prostu z dobrze wymyśloną i zagraną muzyką. Z emocjami. I może trochę z Wałbrzychem.

Przejdźmy teraz do Kawy i Awangardy – pamiętasz, kiedy wykrystalizował się pomysł na fanpage i jutubowy kanał?

Tak, to było bardzo spontaniczne. Zdarzało się, że ludzie prosili mnie o jakieś polecajki muzyczne, a wiedziałam, że są takie fanpage’e z polecajkami (chociaż wtedy dopiero zaczynałam je czytać), więc po prostu założyłam swój. Żartowałam sobie z osobami z Twittera, jak by to można było nazwać, no i stwierdziliśmy, że można sparafrazować “sex, drugs & rock’n’roll” jako “sex, coffee & avant-garde” (w oryginale miało być “avant-garde jazz”, co jednak lepiej określa moje muzyczne preferencje i wiedzę, ale się nie zmieściło). Myślałam, że to jest takie mrugnięcie okiem i taki śmieszek, ale potem się okazało, że wielu ludzi zupełnie na poważnie uważa tę nazwę (i na jej podstawie od razu cały fanpage) za snobistyczną, pretensjonalną, wywyższającą się i tym podobne. Ale sądzę, że dopóki nasze strony muzyczne na Facebooku nie osiągają poziomu nazw wrocławskich biurowców pokroju “Willis Towers Watson Botanica Residence”, to wszystko jest jeszcze pod kontrolą. [śmiech]

Historia z vlogiem jest natomiast dość smutna. Musiałam zrobić coś na zaliczenie występów publicznych, a mnie od razu ścina, gdy muszę mówić do ludzi, do kamery, kiedy widzę te światła. No więc otworzyłam darmowy edytor video w laptopie, i w dresie oraz potarganych włosach zaczęłam mówić o Magmie, a potem o elektroakustyce z lat 60. Vlogi są o tyle fajne, że cały materiał możesz sobie pociąć i zmontować. Nawet, jeśli bardzo się boisz mówić, to wreszcie przy którejś próbie coś z siebie wydusisz, a niektórym osobom z publiczności – jak się okazuje – nie przeszkadza to, że efekt końcowy przypomina syntezator mowy Ivona – tak więc chyba odnalazłam swoją niszę [śmiech]. Ale na zaliczeniu dostałam tróję. Dobrze, że w ogóle zdałam, bo na początku nie wydawało mi się to tak oczywiste.

Powiedziałaś, że pomysł był spontaniczny, ale teraz masz spore grono odbiorców. Co było przełomem? Umiesz wskazać jakiś moment, kiedy to ilość obserwatorów cię zaskoczyła?

Raczej mam wrażenie, że zbliżam się do sufitu liczby odbiorców w tym formacie, albo już go osiągnęłam. Szacowałam, że plus minus 3000 odbiorców to jest ta ilość, która może być tym zainteresowana. Dla większego sukcesu musiałabym być bardziej hmmm, standardową (?) osobą, albo wręcz przeciwnie – robić naprawdę wielkie skandale i głupoty, albo też zajmować się bardziej popularną muzyką. Albo najlepiej w ogóle tylko jednym gatunkiem. Ta międzygatunkowość jest jednak trochę problematyczna. Ale – chociaż publiczność jest ważna, wręcz najważniejsza – ja też muszę się przy tym dobrze bawić, bo inaczej to będzie niewolnictwo i nakładanie na siebie presji, sam efekt też będzie marny. Na przykład teraz pozwoliłam sobie na dłuższą przerwę w nagrywaniu, bo dość nieoczekiwanie ruszył mi się inny projekt artystyczny, do tego zamierzam wrócić na rynek pracy, no i nie mogę się zajechać, bo niestety mam kłopoty ze zdrowiem i temat zajechania się znam lepiej niż bym chciała i niż bym życzyła nawet komuś nielubianemu. Wiem, że to jest problem wszystkich dziennikarzy, adminów, ludzi, którzy robią hobbystycznie coś, co zabiera czas i narusza limit kreatywności na dany dzień: niezależnie od branży (zwłaszcza takiej, która żyje powietrzem, kulturą i poczuciem misji). Trzeba w to włożyć sporo prywatnego czasu. A jeśli masz już swoją własną rodzinę, no to masz ten czas na hobby zdecydowanie okrojony.

Coś, co mnie zaskoczyło, to na pewno moment, gdy odpaliłam pierwszą płatną kampanię na Facebooku (za jakieś kilkanaście złotych) i ludzie zaczęli serio klikać w te filmiki i je lajkować. Spodziewałam się jakichś masakrycznych hejtów i wiadra pomyj, ale z drugiej strony, byłam ciekawa, czy chociaż kilku osobom się spodoba, czy odkryją i pokochają muzykę, której nie znali. No i ta ciekawość ludzkich reakcji mnie popchnęła, żeby jednak spróbować włączyć promocję.

W jaki sposób pracujesz nad odcinkami? Masz jakąś listę tematów do zrealizowania, czy również to jest spontaniczne?

Mam długą listę tematów! Chociaż kiedy w końcu wrócę do nagrywania, chciałabym się skupić na mniej więcej bieżących rzeczach. Gorące premiery (o ile można tak powiedzieć o czymkolwiek w tej muzycznej niszy) na pewno są najbardziej klikalne, ale też i płyta sprzed kilku miesięcy mogłaby się złapać. Niestety, to również pociąga za sobą problem. Lubię mieć bardzo dokładnie przemyślany koncepcyjnie odcinek. Muzykę często wybieram na kilka tygodni – albo wręcz miesięcy – do przodu. Chciałabym, żeby utwory były w miarę możliwości dostępne licencyjnie, czyli żeby przede wszystkim filmik nie był blokowany na telefonach (dla White Noise albo dla rapu Debbie Harry zrobiłam wyjątek). Większość licencji można sobie sprawdzić w studiu twórców w swoim panelu YT. No i nic nie brzmi tak fajnie, jak nagle wchodzący chwytliwy refren albo jakiś “soundlick”. Kiedy poświęcę mniej czasu na przygotowanie merytoryczne, na nagranie czy też na montaż – od razu to widać. Przynajmniej ja to widzę.

Myślisz, że kanał zyskałby taką popularność, gdyby istniał tylko na YT, bez miejsca na Facebooku?

Nie, na pewno nie. Większość widzów przyszła właśnie z Facebooka. Poza tym, jednak trochę trudno mówić o popularności przy tysiącu subskrypcji. Nawet kanały o serialach mają po kilkadziesiąt tysięcy. Tak więc nie grozi mi kariera na miarę Multiego i nagrywanie trapu w najbliższej przyszłości.

Wiem, że zawodowo związana jesteś m.in. z mediami społecznościowymi. Korzystasz z tej zawodowej wiedzy prowadząc Kawę i Awangardę?

Tylko troszeczkę. Właściwie, zarówno fanpage jak i vlog były odtrutką na moją pracę zawodową, gdzie odpowiadałam za wizerunek znanych marek. Odtrutką na wszystko, czego cię uczą o (nienawidzę tego określenia) “budowaniu swojej marki osobistej” (rzyg). Wiele rzeczy zrobiłam dokładnie na odwrót niż każe teoria. Chciałam po prostu dawać ludziom trochę zabawy, trochę sama się dobrze bawić, trochę mieć taki swój azyl, kiedy poważny świat wymaga poważnych ról społecznych. No i chciałam, żeby ludzie akceptowali mnie taką, jaką jestem naprawdę, ze wszystkimi społecznymi niedostosowaniami. Może żeby też tam znaleźli taką swoją przystań, gdzie mogą się poczuć bezpiecznie mimo swoich lęków, problemów, czy odklejenia od tego realnego, brutalnego świata. Przy różnych okazjach dostałam wiele wiadomości od czytelników, że dla nich taki lub inny materiał był ważny, bo dotyczył również ich samych.

Pytanie może naiwne, ale jednak myślę, że warto je zadać: jak to jest być kobietą-youtuberką? Faktycznie kobiety mają trudniej? Zauważali to niemal wszyscy bohaterowie cyklu “Odbiornik”.

Wiedziałam, że zadasz mi to pytanie. Ale ja na nie odpowiem inaczej – to zależy od kwestii indywidualnej wrażliwości, nie od płci. Być może dziewczynki się częściej wychowuje na skromniejsze i grzeczniejsze. Na przykład ja usłyszałam tylko dwa razy w życiu, że “dziewczynce tego nie wypada robić”. Dwa razy od mamy. Raz, kiedy upiłam się nalewką za 4 zł. w parku w I klasie liceum i zgarnęła mnie Straż Miejska, a za drugim razem, kiedy byłam jeszcze młodsza i przerobiliśmy z kuzynem tekst Nagłego Ataku Spawacza, żeby dissować naszych nielubianych piłkarzy, i głośno to melorecytowaliśmy ku zgorszeniu przypadkowych wczasowiczów w ośrodku wypoczynkowym nad morzem. Kuzynowi się nie oberwało, a mnie tak. W ten sposób zdeptano brutalnie moje marzenia o karierze artystki rapowej. Ale poza tymi trochę ironicznymi przykładami – zawsze wierzyłam, że mogę robić to, co może robić mężczyzna. No bo dlaczego nie? W czym jestem gorsza? Nie czuję się gorsza. Przynajmniej intelektualnie, bo na długoterminowym przerzucaniu worów z piaskiem raczej bym poległa. Czy napotyka się w życiu na przeszkody, będąc kobietą? Owszem, napotyka się. Różnego typu. Niekiedy nawet właśnie ze strony innych kobiet, o czym się tak bardzo nie mówi. Ale mężczyźni też ogólnie mogą napotykać trudności, a osoby nie-binarne (wiem, że mam takie na fanpage’u, serdecznie pozdrawiam) pewnie w ogóle mają ich najwięcej.

W odniesieniu do YT czy jakiejkolwiek działalności internetowej – nie ma takiego projektu, który będzie miał wyłącznie fanów. Im więcej jest fanów, tym bardziej nieuniknione jest pojawienie się antyfanów. Raczej trzeba sobie bardzo uczciwie przed samym/samą sobą odpowiedzieć na pytanie, czy jestem w stanie to wytrzymać? Czy będzie mi to zwisało, czy jednak będzie mi bardzo przykro? Stracę wiarę w siebie, w jakiekolwiek swoje kompetencje?

No i wreszcie: dlaczego mówię o indywidualnej wrażliwości, a nie podziale na płcie. Przed założeniem swojego kanału, odwiedziłam pierwszy lepszy filmik Anthony’ego Fantano, najpopularniejszego muzycznego vlogera. Trafiłam na paskudny ściek w sekcji komentarzy. Widzę, że pod tymi nowymi klipami to nie wygląda aż tak źle. Albo ludzie się uspokoili, albo po prostu Fantano zaczął kasować, bo jeśli zarabia na swojej działalności, to reklamodawcy nie chcą być kojarzeni ze ściekiem. Pamiętam też filmik niejakiego Stuu, młodego polskiego jutubera, który nagrał materiał o swojej walce z depresją. Komentatorzy go wyzywali. Pisali, że jest popularnym twórcą, więc nie ma prawa chorować i wszystko powinno mu się podobać. I żeby się nie wypowiadał na tematy, na których się nie zna. Są też młodzi jutuberzy mający równie młode psychofanki, niczym członkowie One Direction. Powstają na ich temat fanfiki na Wattpadzie. Ja chyba bym spadła z krzesła, gdyby ktoś o mnie napisał fanfik (chociaż w sumie mogłoby być ciekawe, nie wiem. Zależy od tego jak bardzo wulgarny [śmiech]). Witamy w Internecie. Po prostu.

Kwestia krytyki i tzw. “dobrych rad”. Wiem, że wiele dziewczyn to wpienia. No dobra, mnie też. Ale po pierwszym wpienieniu się, warto ochłonąć i zapytać samą siebie, czy ta rada może jest sensowna? Czy jestem w stanie coś z nią zrobić – teraz lub w przyszłości? Być może nie jestem – bo nie dam rady czasowo/finansowo. A może po prostu po namyśle dochodzę do wniosku, że moje zdanie w temacie jest inne i radę zwyczajnie odrzucę. Tak szczerze mówiąc, dzięki uwagom mojego pierwszego szefa w redakcji, jestem o wiele lepszą dziennikarką niż gdybym przyszła do pracy i sądziła, że zeżarłam wszystkie rozumy, a on jako facet nie ma prawa mnie pouczać. Dzisiaj to ja mogę pomóc komuś młodszemu (dowolnej płci) swoją wiedzą i doświadczeniem. Zdarza mi się też jednak przy okazji KiA, że ktoś mnie bierze za o wiele młodszą i mniej doświadczoną życiowo, niż jestem, i czuje się w obowiązku poinformować mnie na priv o różnych rzeczach, których już mam świadomość. Wtedy po prostu dziękuję. To nie jest bardzo trudne.

Najdelikatniejszą kwestią jest ta zahaczająca o naszą intymność – czyli komentarze bezpośrednio odnoszące się do przymiotów seksualnych. Nawet jeśli są to komplementy, to niekoniecznie są one w ogóle na miejscu w kontekście rodzaju vloga (czytaj: nie u Sexmasterki). Zaglądałam na kanały polskich youtuberek popularnonaukowych. Duża część komentarzy jest na temat ich wyglądu fizycznego, albo kombo: “O, taka inteligentna i seksowna!”. U mnie akurat tego nie ma. Na pewno pomaga fakt, że nie jestem boginią Afrodytą (chociaż po deszczu robi mi się afro), ale też i moja stała publiczność jest bardzo, ale to bardzo kulturalna. Kiedyś miałam taką sytuację, że pod jednym z moich najbardziej merytorycznych filmików jakiś pan napisał: “Jest coś ładnego w niskich kobietach z dużym biustem” (cytuję, aby pokazać przykład niefortunnego i nieodnoszącego się do działalności komplementu). Mój przyjaciel mu odpowiedział: “To jest kanał, gdzie się rozmawia o muzyce, a nie o twoich preferencjach seksualnych”. Pan szybko skasował swój komentarz.

Tata mnie pytał, jakie mam komentarze. No to czytam: “A czy słyszałaś tę płytę (…) A ja najbardziej lubię (…) A kiedy odcinek o (…) – A Brötzmann jest fajny! – Nie! Brötzmann jest przereklamowany!”. I zdziwił się: “O, piszą ci tam w komentarzach o muzyce!” Powiedziałam, że w 98% faktycznie tak jest. Z ciekawostek zacytowałam, że ktoś mnie nazwał bazylem, gimnazjalistką, albo uznał za stosowne napisać, że widać po mnie, że nie odmawiam sobie ciastek. Wtedy tata powiedział, żebym mu założyła konto na YouTube, to on będzie odpisywał na takie komentarze, rozpoczynając od inwokacji: “Ty %!&uju %$#@&!”. Mama, ta od Nagłego Ataku Spawacza, nagle zachichotała i zarumieniła się jak licealistka. Mnie opadła szczęka.

Zostawmy na moment muzykę i przejdźmy do twojego kolejnego zajęcia – literatury. Jakich wrażeń tutaj poszukujesz?

A to zależy od rodzaju literatury. Lubię się bać, pośmiać, przeżywać razem z bohaterką nieszczęśliwą miłość (i wygrażać tym okropnym facetom… przepraszam wszystkich miłych panów), dowiedzieć się mądrych rzeczy z książek naukowych, poznać inny punkt widzenia, czy inną kulturę czytając książki autorów z odległych rynków. Kiedyś wydawano na przykład takie serie literatury południowoamerykańskiej i skandynawskiej. Moi rodzice mieli tego wszystkiego na tony – no i ja to wszystko czytałam. Wygrzebałam nawet markiza de Sade, mitologię indyjską oraz podręcznik do patomorfologii, tak więc raczej nie ograniczałam się czytelniczo. Ale moją pierwszą prawdziwą miłością była “Wyspa Skarbów”, drugą – Kapuściński, a trzecią – Gombrowicz.

Chociaż muszę tu jeszcze coś dodać, bo ostatnio coraz częściej przelatują mi na Twitterze artykuły w odniesieniu do posiadania książek, że nie wypada się cieszyć z kapitału kulturowego, a w ostrej wersji – że nawet nie wypada go mieć. Moim zdaniem – po prostu nie powinno się na poważnie snobować czymkolwiek, bo to żałosne. I jako społeczeństwo, raczej powinniśmy dążyć do równania w górę, czyli do upowszechniania kultury (w tym darmowych opcji) i zachęcania do korzystania z niej, aniżeli do równania w dół, czyli albo wyśmiewając innych, albo pogłębiając kulturowy analfabetyzm poprzez jego afirmację. Ze swojej strony – jeśli dysponuję wiedzą z jakiegoś zakresu, chętnie się nią dzielę. Nie żeby pokazać, jaka jestem wspaniała i genialna i w ogóle od teraz mówcie mi per „Dominika Kulczyk”, tylko uważam, że tak powinno funkcjonować społeczeństwo i w ten sposób wszystkim nam łatwiej jest się rozwijać. Chyba lepiej jest się podzielić tym, co już zostało wypracowane, niż kazać innym wypracowywać od nowa. Może myślę nazbyt utopijnie. Za mój tok myślenia możecie obwiniać właśnie społeczny kapitał wyniesiony z domu. A na nowe książki niekoniecznie mam pieniądze – biorę je sobie z biblioteki albo z półek na wymianę, organizowanych np. na dworcu. Czasem też kupuję, podobnie jak płyty na Bandcampie czy bilety do kina. Bo wtedy się wspiera autorów. Owszem, kultura nie jest najważniejszą ludzką potrzebą, możemy żyć bez niej, ale to właśnie ona czyni nas ludźmi, a nie biologicznymi żyjątkami. Więc dokładam symboliczną cegiełkę dla jej wsparcia.

 

A twoja książka? Jakbyś ją opisała? Do jakiego typu czytelnika ją kierujesz?

Pytasz teraz o słaby punkt, bo określenie czytelnika to podstawa, powinno się to zrobić jeszcze przed pisaniem, a my z dziewczynami z wydawnictwa od kilku ładnych tygodni głowimy się, dla kogo tak właściwie to jest. Kiedy wklejałam odcinki na Twittera parę lat temu, czytali chyba wyłącznie faceci 30+ i mówili, że najciekawszą postacią jest mój główny terrorysta. Babki z wydawnictwa zaś twierdzą, że to jest jak najbardziej adresowane do kobiet i że postaci i problemy kobiece są siłą napędową.

Czytelnik czuje się bezpieczny w swoich schematach i szufladkach, podobnie zresztą jak wielu słuchaczy muzyki. Tak szczerze, dla mnie to jest “50 twarzy Grey’a” + “V jak Vendetta” + dramy studentów i młodych pracowników + masa czarnego humoru. Przy czym z takimi opisami trzeba niesłychanie uważać, bo tu działa heurystyka – i już to dostrzegam empirycznie. Ambitniejszy czytelnik (mówię o takim geekowym, nie o specjaliście od literatury pięknej) nie zastanawia się, czy ten opis to śmieszek, tylko myśli, że przez samo wymienienie Grey’a, książki się nie powinno tykać nawet ubłoconą szmatą na końcu kija.

Pracowałam nad tym tekstem z Judytą z fanpage’a Czerwone ptaki wylecą ze wschodu i zniszczą Paryż w nocy. Judyta ma specjalizację edytorską i mówi, że można to spokojnie sprzedawać dziewczynom od romansów paranormalnych (tak, takich typu “Zmierzch” i wszystkich klonów young adult), ale ktoś bardziej oczytany i wymagający też będzie usatysfakcjonowany.

Tylko, że jak pójdzie etykietka romansu paranormalnego, to nikt inny po to wcale nie sięgnie, bo przecież pobrudzi sobie rękę. A i te młode czytelniczki, szukające pięknej, wzniosłej, podnoszącej na duchu bajkowej historii, srogo się zawiodą.

Z kolei niedawno spotkałam się z ilustratorką, młodziutką dziewczyną. “Wow, poruszasz tutaj takie ciężkie tematy!” – mówi. Tam jest polityka, terroryści, rasizm, manipulacja opinią publiczną, trudne związki, szowinizm, seks, taki, no… “Ale to jest komedia” – odpowiadam, tak trochę badając teren. Ona myśli, myśli, i nagle z przerażeniem w głosie formułuje opinię: “Masz rację. To jest faktycznie komedia”.

Nie wiem zatem, jak to przeskoczymy i czy w ogóle się uda. Na pewno to jest dla postmodernistycznego czytelnika, którego nie przeraża to całe “profanity” w beletrystyce. Zaczęłam komponować ten tekst dla siebie samej, żeby nabrać dystansu, przetrawić i wypluć trochę sytuację, środowisko, w którym funkcjonowałam parę ładnych lat temu. Ja na przykład się śmiałam przy pisaniu, ale rodzice już wiedzą, że mają nie ruszać. Przy mojej poprzedniej książce (której tworzenie przerwałam) mama stwierdziła z oburzeniem, że ktoś jej dziecko podmienił.

Albo będą o tę książkę shitstormy, albo się w ogóle sprzeda w 20 egzemplarzach. Albo jedno i drugie. Nie napalam się zatem, chociaż wydanie beletrystyki drukiem jest spełnieniem marzenia z dzieciństwa, dlatego i tak cieszę się i przeżywam. Myślę, że mogą mnie zrozumieć wszyscy, którzy słuchają sceny niezależnej, a artyści to już na pewno.

Kolejne naiwne pytanie, ale niech będzie i takie: jest według ciebie coś, co łączy literaturę i muzykę? W końcu to dwie dziedziny (i chyba też dwie nisze), w których czujesz się najlepiej. Co więcej, w obu tych przypadkach towarzyszą ci (lub będą towarzyszyć, patrząc na coraz większy ruch wokół FB “literackiego”) ciekawi twojego zdania ludzie.

Z obu na pewno jest trudno wyżyć! Słucham muzyki, kiedy myślę o poszczególnych scenach. Muzyka jest bardzo inspirująca. Chociaż i tak myślę i konstruuję sceny bardziej w sposób filmowy. Jestem po kursach scenariopisarstwa, rozważałam możliwość pracy w wytwórni filmowej. Robiłaś niedawno wywiad z Furtkiem, prawda? On mówił coś podobnego, że u niego jako artysty wszystko przechodzi płynnie z jednego w drugie. U mnie też. A filmowo wychowałam się na wczesnym Tarantino… czyli znowu: sceny + muzyka.

W sumie najlepiej czułam się w dziennikarstwie sportowym – czyli znowu w takiej niby “męskiej” dziedzinie. Płakałam przy zamykaniu swojego projektu w 2014 roku. To była zdecydowanie największa rzecz, którą tworzyłam. O wiele większa niż KiA. Wtedy magazyny już były padnięte, albo licho płacące (“Internet killed the journalism star”), a dodatkowo, przy wprowadzaniu ustawy antyhazardowej, pojawiła się nagonka na wszystko związane z internetowymi zakładami sportowymi i – organizując sobie środki finansowe w powiązany z nimi sposób – można było mieć łatwo i przyjemnie Urząd Celny na głowie. Natomiast rynek (przepraszam za to brzydkie słowo, nie cierpię go) “influencerski” był dopiero w powijakach. No i poszłam do tzw. “normalnej pracy” w biurze i nie wyrabiałam z łączeniem jej z prowadzeniem dużego bloga/serwisu.

Publiczność we wszystkich z tych światów jest inna. Ale zawsze się cieszę, kiedy odkryję, że jakiś czytelnik z fanpage’a bardzo mocno siedzi w tenisie! A niedawno zobaczyłam też, że wielu czytelników z KiA komentuje na takim innym fanpejdżu: Beka z literatury polskiej po 1989. Tak więc przynajmniej wiem, że będzie komu cisnąć bekę.

Niedawno zrobiło się głośno o tym, jak jeden z fanpage’y przypisał wiersz admina Nieskończonej Studni Potencjału Andrzejowi Bursie. Tenże admin wydał tomik poezji i ja jestem jego dumną posiadaczką! Tacy jesteśmy wszyscy multidyscyplinarni.

Jakie masz plany na najbliższy czas? Krążą już w głowie nowe pomysły? A może jeszcze nie wszystkie udało ci się zrealizować? Dorzucisz jeszcze jakąś dyscyplinę do zestawu tych, którymi już się zajmujesz?

No niestety, obawiam się, że przyszłość jest bardzo związana z przyziemnymi sprawami zawodowymi (w dodatku w tym momencie jeszcze nie mam pojęcia, w którym kierunku się one ostatecznie potoczą). Ale mam przed sobą pierwsze poważne zadanie medialne, czyli patronat dla Fonomo Music & Film Festival, który odbędzie się w Bydgoszczy w dniach 24-27 października. Wystąpią m.in. Yasuaki Shimizu czy Islam Chipsy. Będę tam gościem i będzie można wypić ze mną kawę.

Chciałabym kiedyś we Wrocławiu dogadać się z małym klubikiem albo inicjatywą klubową i zorganizować jakiś mini-koncert. Nazywałby się Kawa i Post-vaporwave, a door selection by wpuszczało do sali wyłącznie ludzi odzianych w dresy wieczorowe.

***

Odbiornik to cykl poświęcony ciekawym inicjatywom dziennikarskim. Bohaterami każdego odcinka są twórcy audycji radiowych, których na co dzień słucham i dziennikarze, których teksty czytam. Opowiadają oni o swojej działalności, zajawkach i wszystkim, na co zwracają uwagę. Główną osią każdej z rozmów jest natomiast muzyka i wszelkie aspekty z nią związane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s