Odbiornik #4: Od country i popu po szumy, trzaski oraz noise ze świetlówki – Marcin Witkowski (Wschodnie Triady)

Marcin Witkowski swoją przygodę z promowaniem w Polsce japońskich (przede wszystkim jazzowych) brzmień zaczynał pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Radiu Jazz, obecnie zaś, już w Radiu Kampus, przedstawia dźwięki także z innych zakątków świata. Tutaj natomiast opowiada o prowadzeniu audycji, ewoluowaniu muzycznych zainteresowań i czasach, które szybko się zmieniają.

Emilia Stachowska: Wschodnie Triady mają już dziewiętnaście lat. Jak to wszystko się zaczęło?

Marcin Witkowski: Zdecydował – jak zwykle – przypadek. Mariusz Adamiak otworzył pierwszą rozgłośnię radiową z muzyką jazzową – Radio Jazz. Pamiętam, że słuchałem jego autorskiej audycji, bo puszczał dużo Zorna, muzykę z wytwórni Tzadik i pochodne. Wtedy, oprócz pokaźnej kolekcji płyt CD, wymieniałem się na prywatne nagrania koncertowe interesujących mnie zespołów z ludźmi z całego świata. Koncerty rejestrowane były z publiczności, przy pomocy amatorskiego sprzętu, ale często ich jakość była bardzo dobra. Nagrań dokonywano na Mini Discu albo na taśmach DAT. Pamiętasz jeszcze takie formaty? Pewnego razu Mariusz puścił jakąś płytę z Japonii, zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że mam tego bardzo dużo, również unikalne nagrania koncertowe. Zaprosił mnie więc do siebie i zaproponował audycję. Spotkaliśmy się chyba w grudniu 1998, w lutym 1999 roku byłem już na antenie.

Wśród słuchaczy doczekałeś się tytułu „ambasadora japońskiego jazzu”. Opowiedz trochę więcej o swojej fascynacji japońską muzyką.

No cóż, prawdę mówiąc, to stare dzieje… Wtedy dostęp do płyt był bardzo ograniczony. Muzyka japońska była do kupienia wyłącznie na płytach CD i praktycznie tylko w Japonii. Audycja, w której można było tej muzyki posłuchać, szybko zdobyła stałych słuchaczy, którzy później stali się widownią organizowanych przeze mnie koncertów. Opisałem tę historię w moim pierwszym i jedynym artykule dla debiutującego wówczas, znakomitego i ambitnego pisma muzycznego – Glissando. Lepiej tego ująć się nie da.

Nawiązując do przytoczonego tekstu: piszesz tam, że „artyści japońscy są pochłonięci swoją sztuką do granic szaleństwa”. Możesz rozwinąć ten wątek?

Tak, to chyba kwestia kultury… Dziwnym zbiegiem okoliczności (naprawdę to przypadek!), zawodowo jestem wieloletnim pracownikiem japońskiej korporacji. Oni tacy są (przynajmniej większość); pracy, którą wykonują, pasji, poświęcają się bez reszty. Bez patrzenia na upływający czas, siedzą po godzinach w pracy, muzycy ćwiczą bez przerwy, koncertują bez dnia odpoczynku i tak dalej. Satoko Fujii poświęciła swoją rodzinę (rodzice chcieli, aby grała klasykę), nie zdecydowała się również na dzieci. Ich pasję widać w oczach, osiągają wszystko ciężką, tytaniczną, długoletnią pracą. Znakomity gitarzysta i improwizator – Kazuhisa Uchihashi – jest samoukiem! Do niewiarygodnej wirtuozerii doszedł sam, niezłomnie ćwicząc dzień po dniu.

W opisie twojej audycji można przeczytać, że proponujesz muzykę, która jest „radykalna, trudna i nieokiełznana”. Co dokładnie kryje się pod tym określeniem?

Radykalność muzyki zmienia się wraz z upływającym czasem. Coś, co kiedyś było trudne, niezrozumiałe, dzisiaj może być emitowane nawet w komercyjnym radiu. Trochę podobnie było wtedy z moimi Japończykami. Takiego jazzu (który nawet nie był jazzem) nie grało się w radiu. Zespoły takie jak Ruins, Ground Zero, czy Optical*8 były znane nielicznym. Trzeba pamiętać, że muzyki nie było w Internecie, trzeba było kupić fizyczny nośnik lub dostać kopię na CD-R. Zespoły te grały mieszaninę jazzu, metalu i awangardy, to było radykalne wtedy. Dzisiaj tego typu patenty mamy już na porządku dziennym w muzyce z całego świata. Oczywiście, należy pamiętać o takich perełkach, jak na przykład Optrum, w którym lider grał na wielkiej rozjarzonej świetlówce! Ale to sprawdzało się na koncercie, natomiast w radiu jest czymś mega ekstremalnym.

Pamiętam, że raz podczas audycji, około północy, zadzwonił telefon. Odebrałem, rozmowa brzmiała następująco:

– Wschodnie Triady, słucham.
– Czy to radio Jazz?
– Tak, słucham?
– Dzwonię z nadajnika na Pałacu Kultury, proszę sprawdzić czy u was wszystko w porządku z sygnałem.
– Chyba tak, a o co chodzi?
– Dochodzi tu do nas taki dziwny szum.

Wtedy mnie olśniło!

– A tak, tak wszystko w porządku, to taka mużyka.

Puszczałem wówczas jakąś solową płytę mojego muzycznego boga – Otomo Yoshihide. Cóż, powyższa anegdotka dobrze obrazuje, o co chodziło z radykalną muzyką. W mojej audycji nie ma przebacz, poleci wszystko – od country i popu po szumy, trzaski oraz noise ze świetlówki.

Wspomniałeś o pewnych zmianach, które są efektem upływającego czasu. Jak zmieniała się twoja audycja? Teraz, już w Radiu Kampus, to nie tylko jazz i nie tylko Japonia.

Audycja zmienia się wraz ze mną. A ja, nazwijmy to otwarcie, po prostu dziadzieję! Kiedyś wybitny awangardowy muzyk japoński – Seiichi Yamamoto – po koncercie we Wrocławiu, kiedy dałem mu do podpisu stos okładek kultowego zespołu, w którym grał (Boredoms), powiedział mi coś takiego: „Marcin, w muzyce liczy się piosenka. Pamiętaj, najważniejsza jest piosenka!”. Wtedy nie za bardzo wiedziałem, o co mu chodzi, ale teraz już chyba wiem. Bardzo trudno jest zrobić naprawę dobrą piosenkę, nieważne w jakim muzycznym stylu. I również te piosenki od czasu do czasu chcę przedstawić słuchaczom. Staram się być eklektyczny. Ewolucja audycji związana jest również ze zmianą radia, w Kampusie siłą rzeczy trafiam do młodzieży, muszę być zatem bardziej „ludzki” (czytaj: mniej jazzowy). Kolejną zmianą jest muzyka norweska, czy ogólnie skandynawska. Mam taką teorię, że ciekawa muzyka najlepiej rozwija się w krajach bogatych, wysoko rozwiniętych ekonomicznie, gdzie nadmiar PKB inwestuje się w kulturę. Tak było z Japonią w latach 90-tych, tak obecnie dzieje się z Norwegią i ostatnio z Austrią. Generalnie, puszczam wszystko, czego aktualnie słucham, co mi się podoba. Mam ten ogromny komfort, że nikt nie pyta o repertuar.

A co obecnie ci się podoba? Czego słuchasz, na co zwracasz uwagę?

To trudne pytanie. Jestem człowiekiem, który ma wiele pasji. Od kilku lat uprawiam „dziwne” sporty, lekko ekstremalne i to, rzecz jasna, pochłania mi wiele wolnego czasu. Ale oczywiście muzyka jest i będzie zawsze na pierwszym miejscu, bez niej nie mógłbym żyć. Kilka lat temu sprzedałem (prawie) wszystkie swoje płyty CD. Zostawiłem tylko około 300 sztuk perełek japońskich, płyt z autografami, ze swoją historią. Całą muzykę przerzuciłem na serwer, który dał mi jedną niewiarygodną dla mnie funkcję – TRYB LOSOWY! Kiedyś było tak: mam godzinę czasu i trzeba włączyć płytę. Staję przed ścianą cedeków i zaczynam wybierać. Wybieram, wybieram i nie mogę się zdecydować – mija PÓŁ GODZINY! Wreszcie chwytam cokolwiek i nie jestem zadowolony. Teraz jest niewiarygodnie, w wolnym czasie uruchamiam TRYB LOSOWY i aplikacja sama wybiera utwory z 4000 płyt na serwerze. Słucham zatem wszystkiego co mam, a ponadto przybywa mi około 5-10 płyt tygodniowo. Zazwyczaj z tych nowości (nie zawsze są to płyty nowe, czasem po prostu nieodkryte) wybieram utwory na nadchodzącą audycję. Szczerze, japońszczyzny jest coraz mniej, moi bogowie już nie grają tak, jak kiedyś, a następców nie znalazłem. Jednym z niewielu ciągle aktywnych i ciągle genialnych jest Keiji Haino, cudowny człowiek i genialny artysta. Zorna czy Otomo Yoshihide zastąpił obecnie chyba najciekawszy współczesny saksofonista – Mats Gustafsson. Śmiejemy się, że jest Szwedem, ale gra jak Norweg. Wciąż uwielbiam zakręcony ciężki metal, na przykład całkiem popularny zespół Code Orange. Wciągnęło mnie alt-country, a z pokręconego jazz-rocka polecam wszystko z wytwórni New Atlantis Records. Zresztą, takich kultowych wytwórni, z których biorę wszystko jak leci, jest więcej: austriacki TROST Records, czy – oczywiście – norweskie Rune Grammofon.

Nawiązując do tego trybu losowego: Olga Drenda w swoim tekście dla Dwutygodnika pisze, że kultura streamingów sprzyja bardziej „muzyce tła” niż ciekawym poszukiwaniom. Naphta i Seblove z Radia Luz mówili mi zaś, że obecnie, właśnie przez komputery i streaming, muzykę raczej się słyszy niż się jej słucha. Twoje zdanie zdaje się temu zaprzeczać. Co sądzisz o tych nowych możliwościach kontaktu z dźwiękiem?

Na pewno problem o którym mówisz, występuje u ludzi młodych. Stare wygi, takie jak ja, które przeszły etap zbieractwa, kaset, płyt CD i obecnie powracających winyli, ten świat nowych możliwości postrzegają z wielkim entuzjazmem. Kupuję płytę cyfrową w dniu premiery, wcześniej mogę posłuchać jej fragmentów lub nawet całej na Bandcampie, nie przeżywam frustracji oczekiwania czy przesyłka nie zaginie, wreszcie – nie boję się, że wydałem pieniądze na muzyczny gniot. Muza z całego świata jest na wyciągnięcie ręki! Kiedyś (przed sprzedażą kolekcji płyt CD) zadałem sobie pytanie: „Marcin, jesteś kolekcjonerem okładek i metalowych krążków, czy słuchaczem muzyki? Jeśli to drugie, to trzeba przejść na serwer i zwolnić miejsce na ścianie na okładki płyt winylowych!”. Nową ściągniętą płytę słucham przynajmniej dwu- lub trzykrotnie w całości, potem trafia ona do bazy na tryb losowy. Jeśli chodzi o winyle, to słuchamy rodzinnie przy specjalnych okazjach, no i jeszcze wymyśliłem takie hasło: „winylstopad” i w listopadzie słuchamy wyłącznie muzyki z winyla. Zatem uważam, że jest sprawiedliwie. [uśmiech]

A w jaki sposób przygotowujesz się do audycji? Jak to wygląda teraz, a jak wyglądało kiedyś?

No tak, kiedyś był stres, pisałem sobie teksty na kartce. Teraz jest absolutny żywioł i improwizacja. Wybieram z trzech płyt (triady) najciekawsze utwory i puszczam je w radiu – wciąż z płyt CD, a właściwie z CD-R-ów, które preparuję na potrzeby audycji. Potem te CD-R-y oddaję mojemu sąsiadowi, który wybacza mi głośne nocne słuchanie. [śmiech] Między utworami opowiadam coś słuchaczom, zazwyczaj kompletnie bez przygotowania, co na pewno słychać, ale zauważyłem, że kiedy przychodziłem specjalnie przygotowany, to jakoś wychodziło okropnie sztucznie. Więc jest jak jest, najważniejsza w tej audycji jest muzyka.

Wróćmy na moment do wątku słuchania muzyki w kontekście różnych pokoleń. Powiedziałeś, że te „problemy” związane ze streamingiem to domena młodych ludzi. Jak sądzisz, co jeszcze wyróżnia lub charakteryzuje te młodsze pokolenia?

Cóż, to naturalna przemiana pokoleniowa w świetle rozwoju technologicznego. Masowy dostęp do wszystkiego (nie tylko muzycznego) otumania i nakazuje przybranie postawy selektywnej. Jeśli w miarę znasz się na muzyce, to przyjdzie ci to łatwo i będziesz brał z tego to, co najlepsze. Gorzej, jeśli przyjmujesz wszystko jak leci i ulegasz trendom. Dlatego ciągle uważam, że takie Wschodnie Triady mogą być młodemu słuchaczowi potrzebne. Dla mnie największym wyróżnieniem jest, gdy ktoś odezwie się do mnie i napisze: „Posłuchałem ciekawej muzyki dzisiaj we Wschodnich Triadach!”. To wystarczy, żeby ciągnąć to dalej. Również dla tego słuchacza z wielkim bólem założyłem sobie Facebooka w marcu 2016 roku, bo bez tego mało kto włączy sobie Radio Kampus w środę o 23:00 – nawet jeśli zna Wschodnie Triady, to po prostu zapomni.

A sądzisz, że współcześni dziennikarze i słuchacze są narażeni na presję, aby ciągle być na bieżąco, ciągle wykopywać coś zaskakującego? Kilka miesięcy temu przywołana już ekipa Purpurowych Rejsów wskazywała między innymi na takie zagrożenie.

Ja nie jestem dziennikarzem, ale wiem, że presja jest w każdym zawodzie. Takie czasy. Nie trzeba być zawsze na bieżąco, można spokojnie robić znakomitą audycję o muzyce lat 60-tych czy 90-tych. Trzeba robić to, co się kocha i w taki sposób, żeby być sobą. Mamy coś takiego w sobie, że chcemy się wyróżniać, być lepszym lub po prostu innym od wszystkich. Dla artysty to dobrze, dla dziennikarza już niekoniecznie. Dziennikarz powinien być przede wszystkim rzetelny.

Powiedziałeś o Bandcampie, pytałam cię o streaming, opowiedziałeś o tym, jak to było kiedyś. A teraz? Masz jakieś ulubione bazy muzyki?

Cały czas moja własna baza muzyki potrafi mnie zaskoczyć… [śmiech] Mam bardzo szerokie grono muzyków, których muzyczne koleje śledzę. Podobnie jest, jeśli chodzi o labele oraz zaufane sklepy z muzyką. Uwielbiam buszować po Bandcampie, bo tam rzeczywiście jest tego najwięcej. I raz do roku OFF Festiwal. Kiedy byłem w Japonii, zależało mi, żeby osobiście spotkać się i porozmawiać z Yoshiyuki Suzuki, założycielem chyba najbardziej znanego sklepu z awangardową muzyką japońską. Chociaż formuła sklepu jest nieco staroświecka, to poprzez kontakt bezpośredni można bez trudu zakupić tam unikatowe płyty japońskie. Yoshiyuki sprowadzał często też dla mnie inne japońskie wydawnictwa, o które go prosiłem; takie, których sam nie ma w katalogu. Pod koniec lat 90-tych pojawiła się norweska wytwórnia Rune Grammofon, założona przez basistę Rune Kristoffersena. Pierwszym wydawnictwem był album Supersilent „1-3” wydany w 1998 roku. Trzypłytowy box norweskiego kwartetu szybko stał się kultowy i po wyprzedaniu pierwszego nakładu doczekał się reedycji w 2002 roku. Płyty wydawane w Rune Grammofon po dziś dzień zmieniają oblicze muzyki. Kupuję również wszystkie płyty ze stosunkowo młodej (2011 rok), wspomnianej już wcześniej, wytwórni New Atlantis Records Ich cały katalog w prosty sposób można posłuchać i nabyć na Bandcampie.

I na koniec: co trzeba robić, aby – zajmując się muzyką – nie stracić tego niesamowitego entuzjazmu, nie stracić ciekawości?

Moim sposobem jest ciągłe szukanie nowego. I nie chodzi tu tylko o nowe płyty, ale o podążanie za zmieniającym się światem muzycznym. Zauważam, że ludzie w pewnym wieku (moim! jestem rocznik 1969) zamykają się na nową muzykę i zostają przy „swojej”, z ich czasów. To jest klęska, słuchają ciągle tych samych płyt i uważają, że współczesna muzyka stoczyła się na psy. W każdych czasach produkowana jest świetna muzyka, istnieją artyści na miarę swoich czasów oraz ci, którzy je wyprzedzają. Należy być otwartym, osłuchanym i tolerancyjnym. W mojej bazie jest wszystko: jazz, awangarda, rock, metal, elektronika, (alt) country, reggae, folk, noise, hip-hop i tak dalej. To mi się nigdy nie znudzi, a przecież cały czas przybywa nowe! Nie znasz dnia, kiedy coś cię porządnie zaskoczy, chociaż wydaję się, że wszystko już było. Nic bardziej mylnego!

fotografia: Wschodnie Triady na Facebooku

***

Odbiornik to cykl poświęcony ciekawym inicjatywom dziennikarskim. Bohaterami każdego odcinka są twórcy audycji radiowych, których na co dzień słucham i dziennikarze, których teksty czytam. Opowiadają oni o swojej działalności, zajawkach i wszystkim, na co zwracają uwagę. Główną osią każdej z rozmów jest natomiast muzyka i wszelkie aspekty z nią związane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s