Odbiornik #2: Oddajmy muzyce pełną skalę szarości – Rafał Samborski (Interia.pl)

Druga odsłona cyklu Odbiornik to rozmowa z Rafałem Samborskim – dziennikarzem muzycznym, którego teksty można znaleźć na łamach takich serwisów, jak Interia czy Popkiller oraz w Magazynie VAIB. Jednocześnie jest on współtwórcą duetu producenckiego Palmer Eldritch, znanego chociażby z wydanego w tamtym roku albumu „Natural Disaster”.

Emilia Stachowska: Publikowałeś w wielu miejscach. Gdzie pisałeś do tej pory? Gdzie działasz teraz?

Rafał Samborski: Aktualnie moja działalność dziennikarska skupia się przede wszystkim wokół działu muzycznego portalu Interia.pl, chociaż zdarza mi się pisać w zasadzie co numer jeden artykuł dla jedynego w tej chwili polskiego czasopisma hip-hopowego na rynku, czyli Magazynu VAIB. A właściwie zdarzało, bo chwilowo działalność jest zawieszona, choć wiem, że są plany co do reaktywacji. W przeszłości publikowałem również dla Popkillera, w którym dalej bym mógł publikować, ale gdzieś ta zajawka rapowa z wiekiem zaczyna mi coraz bardziej uciekać i patrząc na ostatnie zmiany mentalności na scenie, trochę nie mam o czym pisać. W zasadzie największym przełomem – po szeregu mało znanych wortali muzycznych – był kwartalnik M/I.

 

Skoro jesteśmy w temacie przełomów: kiedy postanowiłeś zająć się dziennikarstwem muzycznym?

Wiesz, to trochę jest tak, że zawsze lubiłem pisać. Pamiętam, że już pierwszej klasie gimnazjum mówiłem, iż chcę zostać w przyszłości dziennikarzem. Nie jestem pewien, czy miałem na myśli konkretnie dziennikarza muzycznego, ale naturalnie podążyło to w tę stronę, bo muzyka pozwalała mi nie zwariować w moim rodzinnym mieście. Z automatu więc chłonąłem wiedzę, a później pisałem. Śmieszna rzecz, ale w internecie – jeżeli się dobrze zakręcisz – można znaleźć jedną z moich pierwszych recenzji muzycznych, jeżeli nie pierwszą: „Najebawszy” od Smarki Smarka gdzieś świeżo po premierze. Oczywiście, z dzisiejszej perspektywy tekst ten jest okropnym paździerzem. Podobnie, jak nie mogę już patrzeć na swój debiut na papierze, czyli artykuł o Bucku 65 dla Ślizgu, który opublikowano na łamach czasopisma kilka miesięcy przed zamknięciem tytułu.

Skąd czerpałeś wtedy informacje, skąd chłonąłeś wiedzę?

Mam to szczęście, że znałem kilka osób, które wiedziały więcej ode mnie, więc dawały mi pewne podstawy. Do tego kupowałem czasopisma muzyczne, które kurzą się aktualnie gdzieś w mieszkaniu moich rodziców. Oraz – oczywiście – mam to szczęście, że dorastałem w czasach rozkręcania się na dobre społeczeństwa informacyjnego. Bartek Chaciński fajnie mówił o tym w wywiadzie dla Onetu, że to całe pokolenie dziennikarzy muzycznych uznawanych za legendy, z uwagi na ich dokonania w latach 80., musiało nadrabiać wiedzę, którą moje pokolenie dzięki powszechnemu dostępowi do Internetu może mieć już w zasadzie na starcie. Tylko tu też dochodzi ta kwestia podejścia do słuchania muzyki i tego, jak w ogóle zdewaluował się odbiór dziennikarzy muzycznych.

Poruszyłeś kilka wątków. Rozwińmy je po kolei. Kogo wtedy czytałeś? Zwracałeś wówczas uwagę na warsztat, krążyłeś wokół konkretnych nazwisk, tytułów?

Na początku głównie Ślizg. Z czasem doszła do tego Machina, jednak z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wywodzę się z dziennikarstwa hip-hopowego. Zaczytywałem się w felietonach Marcina Flinta oraz Łukasza Kowalskiego, czytałem teksty o czarnym kinie spod pióra Piotra Dobrego, spoglądałem, jakie winyle polecał Druh Sławek. Bardzo inspirujące było dla mnie crew Czyste Słowa, która to ekipa utworzyła Loop Magazyn – niestety, wyszły tego tylko trzy numery i pewnie nikt już o tym nie pamięta oprócz mnie. Bardzo niedocenioną postacią jest natomiast koleś ukrywający się pod pseudonimem hadero – nie wiem, czy teraz cokolwiek pisze. W sumie dzięki jego tekstom odkryłem cały świat alternatywnego rapu, który koniec końców doprowadził do mojego otwarcia na zupełnie inne gatunki muzyczne. I wiesz, widziałem tę różnicę między poszczególnymi autorami głównie w kwestii przyjemności czytania ich tekstów, co było ściśle powiązane z dynamiką samego artykułu. Ale tak naprawdę, po latach dopiero umiem to odpowiednio nazwać.

 

Wspomniałeś o kwestii podejścia do słuchania muzyki. Możesz rozwinąć ten wątek?

Nie ukrywajmy – zniknęło trochę to przywiązanie do albumów przez to, że stały się one folderami na kompie, obrazkiem w serwisie streamingowym. Teraz w zasadzie muzyka towarzyszy nam wszędzie. Na moje nieszczęście, sam się zresztą na tym łapię, że zdarza mi się słuchać jakiegoś albumu bez skupienia, na przykład w pracy, i niewiele z niego pamiętam. Po kilku miesiącach wracam zaś ponownie do tej pozycji, skupiam się i dopiero odkrywam na przykład nutę geniuszu. To znaczy, nie chcę tu zgredzić, bo nie ma nic gorszego niż mówienie, że kiedyś to były czasy – na co zresztą sam się wkurwiam, gdy ktoś twierdzi, iż kiedyś wydawano lepszą muzykę. Jednak zanika gdzieś to traktowanie muzyki jako jakiegoś osobnego doznania. Nawet teraz, gdy z tobą rozmawiam, słucham sobie Hiroshiego Yoshimury. Wiem, że to mało zobowiązujący soundtrack do rozmów, ale czy nie powinienem mieć kaca moralnego, że słucham właśnie jednej z jego płyt po raz pierwszy i nie poświęcam jej 100% uwagi? A, o dziwo, nie mam.

 

A w jaki sposób słuchasz płyt, które musisz zrecenzować?

Zwykle rozpoczynam odsłuchy w mojej pracy na pełen etat, a w domu już słucham sobie z pełnym skupieniem. Jeżeli czuję, że to jest ten moment, w którym już mogę płytę zrecenzować, to piszę tekst. Mam bardzo analityczne podejście do recenzji, dusiłbym wszystkich za ogólniki w stylu „fajne bity”, więc naprawdę muszę dobrze znać krążek, aby móc go zrecenzować, opisać smaczki, poznajdywać kontekst. W zasadzie więc, jeżeli już piszę recenzję, to poświęcam danemu albumowi naprawdę sporo czasu. Stąd też bardzo śmieszą mnie komentarze w stylu, że „recenzent przesłuchał płytę tylko raz” albo „na pewno redaktorek nie przesłuchał płyty ani razu”, bo tekst powstaje zawsze po tym jak przekatuję płytę te kilka, a nawet kilkanaście razy. I mówię tu również o tych najgorzej przeze mnie ocenianych pozycjach. Niestety, mam w sobie jakąś dozę masochizmu, że lubię recenzować tego typu krążki. Głównie z jakiegoś poczucia misji, że da się napisać o słabym albumie bez zgryźliwości, mieszania artysty z błotem, podjazdów ad personam, a konkretnie, analitycznie, wykazując dlaczego to, co słyszysz, nie zagrało.

No właśnie. Sam tworzysz muzykę, a ta zdecydowanie odbiega od niektórych opisywanych przez ciebie albumów. Dla Interii recenzowałeś nawet Ich Troje. Od początku miałeś ten dystans, czy to pojawiło się z czasem?

Dystans to kwestia wyrobienia muzycznego, rozwinięcia wrażliwości estetycznej. Nie tworzę przecież black metalu, ale uwielbiam płyty Mgły, Emperora czy „Hvis Lyset Tar Oss” Burzuma. Jaram się Deafheaven jak diabli, a najważniejszym dla mnie zespołem w życiu jest Nine Inch Nails. Nie przeszkadza mi to jednocześnie w docenieniu ostatnich dwóch krążków Beyonce, które są genialne, albo głosić powszechnie, że znienawidzona przez media plotkarskie Marina Łuczenko nagrała jedną z najlepszych polskich płyt popowych ostatnich lat.

To kwestia dojrzewania do pewnych spraw i otwartości na różne doznania muzyczne. A przede wszystkim zrozumienia, że prawie każdy gatunek muzyczny wytworzył jakiś swój kanon, ergo: powstały w ramach niego rzeczy uznawane powszechnie za dzieła kompletne. Jeżeli Ich Troje nagrywa pop, ale ten pop ociera się o estetykę rzewnych fortepianów, tanich wzruszeń i ogólnie pojętej kiczowatości, kiedy sam wiem, że w ramach popu można nagrać coś, co nie będzie urągało mojej inteligencji, to nie mogę im dać wysokiej oceny. Po prostu. Są też pewne elementy, które bardzo łatwo ocenić nawet bez rozeznania w określonych gatunkach – na przykład śpiew czy tekst.

 

Wspomniałeś o tym, że dziennikarstwo się zdewaluowało. Co miałeś na myśli? Na jakie teksty się natykasz, robiąc risercz?

Nie dziennikarstwo, a odbiór dziennikarzy, bo przeciętny zjadacz chleba nie traktuje ich już jako żywych drogowskazów. Ale skoro o to pytasz, ukróciłbym na pewno palce kilku blogerom, którzy nadmiernie siebie eksponują, rzucają ogólniki, a zapominają, że chodzi tu o muzykę. Dusiłbym też właścicieli pewnego portalu rapowego za to, że dobrego dziennikarstwa szukać w nim ze świecą.

Mam też swojego absolutnego ulubieńca. Facet zajmuje się głównie normikowym popem i Eurowizją. Łatwo można trafić na jego blog, bo teksty są zaskakująco dobrze wypozycjonowane w Google. Z umieszczonych tam recenzji możesz się co najwyżej dowiedzieć, że wokaliści mają dobry głos i dobrą partię instrumentów, utwór X jest świetny, a na kolejny singiel powinna zostać wybrana piosenka Y. Zero konkretów, zero prób analizy tego, co słyszał. No, nie da się tego czytać. To chyba najgorsze teksty, na jakie kiedykolwiek trafiłem.

Mocno mnie też denerwują wszelkie próby pisania publicystyki w taki sposób, aby przypadkiem kogoś nadmiernie nie urazić. Bez sensu, bo recenzja jako gatunek publicystyczny służy temu, że masz przedstawić swój odbiór płyty, a nie unikać postawienia sprawy jasno, bo „a nuż słuchacz się zniechęci”. A niech się zniechęci! Ale nie powiem za żadne skarby, że samo dziennikarstwo się zdewaluowało, bo masz Gazetę Magnetofonową, masz Noise Magazine – to są tytuły, które robią niesamowicie dobrą robotę!

 

Nawiązując do blogosfery – jak ma się w Polsce ta forma publicystyki w kontekście pisania o muzyce?

Mam wrażenie, że blog sensu stricto, czyli jako strona w serwisie blogowym, trochę umiera, chociaż uwielbiam blog wcześniej wspomnianego przeze mnie Bartka Chacińskiego. Zresztą, jak dla mnie jest w tej chwili chyba najlepszym dziennikarzem muzycznym na naszym polskim poletku, więc równie dobrze mógłbym go czytać w każdej formie. Natomiast jeżeli mianem blogosfery określimy również fanpejdże, to jest naprawdę cholernie dobrze. Trzy Szóstki, Rumuński Spektralizm, Klerycy, Kawa i Awangarda – to wszystko prowadzą ludzie, którzy są niesamowicie otwarci na różne brzmienia. Często – kiedy mi się wydaje, że mam sporą wiedzę – potrafią mnie zrównać do krawężnika.

Oczywiście, trafiają oni do określonego grona, ale mam wrażenie, że muzycznych nerdów jest coraz więcej, ludzie stają się coraz bardziej otwarci oraz asertywni, to znaczy: zniechęceni podawaną im pod nos papką. A że większość z prowadzących może pochwalić się również ciekawym warsztatem, umiejętnościami analitycznymi, to nie mam na co narzekać. Lubię nawet Substance Only, prowadzone przez Borysa Dejnarowicza, chociaż często nie zgadzam się z jego gustem muzycznym. Nie potrafię jednak odmówić mu sprawnego pióra i ogromnej wiedzy.

Filip Szalasek w swoim niedawnym tekście dla Czasu Kultury dowodził, że rola kobiet w polskiej publicystyce okołomuzycznej jest znikoma. Zgadzasz się z nim?

Zadałaś mi ciekawe pytanie z uwagi na moje ciągoty feministyczne, czy – idąc dalej – tożsamościowe. Wydaje mi się, że mimo to dalej kobietom jest trudniej dlatego, iż w dalszym ciągu są postrzegane przez pryzmat swojej płci, a nie do końca przez pryzmat bycia ekspertem w danej dziedzinie. Ludzie – o dziwo – dalej nie widzą nic złego w wołaniu, że kobiety do garów, miejsce kobiety jest w kuchni, a jak się oburzasz na takie stwierdzenia, to nie masz dystansuTM. Pamiętam, jak okropnie mnie striggerowała wypowiedź Romana Rogowieckiego, który rzucał opinię, że kobiety-artystki ciągnie zawsze w stronę matkowania i „faceci to potrafią napisać piosenkę, z której coś wynika, a kobiety mają tę skłonność do rozpatrywania nieszczęść”. Wydaje mi się, że można powszechność tego rodzaju myślenia przenieść również na pole dziennikarstwa muzycznego. Spory problem tkwi też w zawłaszczeniu sobie przez mężczyzn krytyki muzycznej i utworzenie jej standardów według określonego sposobu myślenia. Abstrahując od tego, że kiedy jeszcze istniała – nazwijmy to – Wielka Narracja Muzyczna, sama w sobie budowana była poprzez patriarchalizm, stawianie mężczyzny w centrum. Chociażby w czasach popularności hard rocka to właśnie kobiety miały być trofeum dla muzyków, one były traktowane jako dodatek.

 

Precyzując: jakie standardy, wokół jakiego sposobu myślenia?

Nie da się ukryć, że w ostatnich czasach ludzie budują sobie dość eklektyczne gusta muzyczne, a powodem tego wszystkiego jest internet. Masz playlistę na Spotify’u, Deezerze, Apple Music i dobierasz sobie taką muzykę, na jaką masz akurat ochotę. Algorytm sugestii sprawia z kolei, że muzykę możesz odkrywać na własną rękę. I przez to odbiór muzyki się mocno zindywidualizował, gdzie kiedyś można było mieć wrażenie uczestniczenia w „czymś”. Przecież ta zgubna afirmacja rocka progresywnego wynika jedynie z tego, że rozwój gatunku nastąpił w czasach przypadających na młodość redaktorów muzycznych, którzy szukali pewnego rodzaju odbicia, prób wyrażania siebie. Zbierali płyty, zgromadzili się w Trójce i puszczali je ludziom. A ponieważ odbiorcy nie mieli w zasadzie żadnej alternatywy, bo szukanie muzyki na własną rękę było w czasach przedinternetowych mocno utrudnione, wszak uzależnione od tego, na co się trafiło w mediach, to stąd mamy całe to uwielbienie dla Marilliona, uznawanie Pink Floydów za największych geniuszy w historii muzyki etc. Muzyka była niejako doświadczeniem spajającym dość sporą grupę w ramach danego pokolenia. Internet to wszystko zmienił. Nagle masz dostęp do miliona krążków za pomocą dwóch kliknięć i może się okazać, że moje doświadczenia muzyczne zupełnie się różnią od twoich, bo chociaż pochodzimy z tego samego pokolenia, trafialiśmy na zupełnie inne miejsca. Tutaj jeszcze dodajmy śmierć subkultur, bo w zasadzie jak byłeś kiedyś metalem, to nie wychodziłeś poza metal; jak byłeś hip-hopowcem, to każdy inny gatunek był dla ciebie obszczanym gównem. To wszystko się zmieniło i z łatwością trafisz teraz na osoby, które jednocześnie jarają się Paluchem oraz Muse i puszczają sobie przy okazji numery Davida Guetty, a kojarzą też kawałki Jacka Sienkiewicza. Dawniej to było nie do pomyślenia.

Masz za sobą proces „wychodzenia z subkultury”? Jak wspominasz te pierwsze doświadczenia z Internetem jako źródłem wiedzy o muzyce?

Jasne, byłem kiedyś zatwardziałym hip-hopowcem i miałem półkę zasraną płytami z polskim rapem. Później trafiłem na zagraniczne krążki, ale na szczęście miałem kilku znajomych, którzy naprowadzili mnie na bardziej alternatywne rapowe brzmienia. Tak w moim życiu pojawił się w końcu El-P, a po nim już Trent Reznor z Nine Inch Nails. A że jednocześnie w czasach gimnazjalno-licealnych cierpiałem na depresję, to gdzieś ten mój proces wycofywania się łatwo przeszedł w to, że nie chciałem się utożsamiać z bandą wiecznie zabawowych kolesi. Mówi się, że Facebook sporo zmienił, ale wcześniej były grupy na Gronie (tak, byłem), miałaś bardzo aktywne fora internetowe – naprawdę istniały miejsca, gdzie można było pogadać o muzyce i dość porządnie wymienić się informacjami. Oczywiście, dużo dały mi czasopisma muzyczne, a swego czasu też nieźle pomógł mi Last.fm, z którego korzystam do dzisiaj i którego do teraz uważam za naprawdę bardzo fajną sprawę.

 

A RYM, Bandcamp? Co sądzisz o tych platformach?

Pewnie wstyd przyznać, ale z Rate Your Music nigdy nie korzystałem bezpośrednio w czasach jego największej świetności. Czasami zaledwie spojrzę na jakieś listy pokroju „Artists similiar to…”, co pomogło mi odkryć kilku świetnych artystów. Bandcamp natomiast jest bardzo fajną platformą dla młodych twórców, jeżeli chcą zarobić na własnej muzyce i mam wrażenie, że mimo kilkuletniego okresu istnienia, ostatnio przeżywa renesans zainteresowania. Sam od czasu do czasu coś tam zakupię czy sobie zwyczajnie posłucham. Dobrze, że istnieją takie narzędzia.

Skoro rozmawiamy o Internecie: Naphta i Seblove mówili w poprzednim wywiadzie z serii Odbiornik o „tyranii klikalności”, która może być zgubą dziennikarstwa. Co o tym myślisz? Jak to wygląda w przypadku bardziej komercyjnych platform, z którymi współpracujesz?

Wiadomo, że pojawiają się pewne newsy na portalach, które zwyczajnie mają się klikać, są bardziej plotkarskie aniżeli muzyczne, ale jestem w tej komfortowej sytuacji, że mnie to w żaden sposób nie dotyczy. Myślę, że Naphta jedynie przesadził trochę z tym stwierdzeniem, że w anglosaskich odpowiednikach tego procederu nie doświadczymy albo przynajmniej nie w takim stopniu. Po prostu, ze względu na jakieś nasze muzyczne zawirowania, trafiamy na bardziej wartościowe portale. Ja na przykład mam spory problem z takim luzackim podejściem do formy, jaka prezentowana jest przez wielu zachodnich recenzentów – mówię tu chociażby o wplataniu w doświadczenie muzyczne osobistych anegdot z życia. Dla mnie recenzent powinien się zupełnie „wycofać” z tekstu – przemawiać przez słowa, nie zaś istnieć w tych słowach. Z drugiej strony wspomniałem już, że niesamowicie cenię Bartka Chacińskiego, a on często się pojawia we własnych tekstach, tylko – no właśnie – on potrafi to robić ze smakiem.

 

Dałbyś radę wytrzymać bez mediów społecznościowych, jeśli mowa o szukaniu muzyki, sprawdzaniu informacji?

Myślę, że w tej chwili ktoś mógłby próbować, ale zwyczajnie się nie da. Tu nawet nie chodzi tylko o te wszystkie grupy muzyczne i fanpejdże muzyczne, ale chociażby cała komunikacja artystów prowadzona jest przez media społecznościowe. Wielu muzyków zrezygnowało z własnych stron internetowych na rzecz Facebooka, co niekoniecznie pochwalam z perspektywy dziennikarza, wszak musisz się prosić o presspacki, zdjęcia w dobrej jakości, jakieś fajne bio. Zresztą, kiedyś istniało takie pojęcie jak „surfowanie po internecie” – i to gdzieś się zatraciło, bo masz Facebooka, newsfeed i wszystkie informacje w jednym miejscu. I mimo wielu wad, to cholernie wygodna sprawa.

I na koniec: jakie według ciebie są współczesne bolączki krytyki muzycznej? Jakie widzisz dla niej szanse, a jakie zagrożenia?

Wydaje mi się, że sporą bolączką jest fala recenzentów, którzy nie wnikają w albumy, tylko wychodzą z założenia, że skoro recenzja to publicystyka, więc opinia, to będą opiniować, ale jednocześnie w żaden sposób tego nie popierają argumentami. Na wielu portalach trafiałem na teksty w rodzaju „wpadająca w ucho piosenka”, „fajny bit”, „ładnie śpiewa”. Ile można? Powiedzcie mi coś o tej płycie, czego nie mogę powiedzieć o żadnej innej!

Trochę boli też to, że środowisko krytyków muzycznych jest dość małe, przewijają się wszędzie te same nazwiska i rzadko wchodzi ktoś z zewnątrz. Z drugiej strony, można zobaczyć rozwój kilku dziennikarzy i przez to miło widzieć pióra, które jeszcze kilka lat temu były zupełnie bezbarwne, a dzisiaj ludzie stojący za nimi są wyraziści do bólu.

Trochę ponarzekałem, ale też nie sądzę, aby było na co od strony krytyków, bo w dalszym ciągu mamy sporo ekspertów, ludzi, z których tekstów należy brać przykład. Problem tkwi natomiast w odbieraniu tekstów – traktowaniu siódemki w dziesięciostopniowej skali jak uderzenia w pysk, braku umiejętności polemizowania, wchodzenia w dialog, aż w końcu takiej skrajnej dychotomii: albo coś jest zajebiste, albo jest słabe. Ostatnio recenzowałem jeden krążek, który w połowie jest zupełnie nijakim, transparentnym, pozbawionym wyrazu popem, ale w połowie eskaluje rytmami retro, przez co można było tam dostrzec niewykorzystany potencjał. Jeden z komentarzy pod tekstem grzmiał „to w końcu hit czy chłam”? A przecież ani to, ani to. Muzyka to nie jest tylko biel lub czerń – oddajmy jej pełną skalę szarości.

Dziękuję za rozmowę!

***

Odbiornik to cykl poświęcony ciekawym inicjatywom dziennikarskim. Bohaterami każdego odcinka są twórcy audycji radiowych, których na co dzień słucham i dziennikarze, których teksty czytam. Opowiadają oni o swojej działalności, zajawkach i wszystkim, na co zwracają uwagę. Główną osią każdej z rozmów jest natomiast muzyka i wszelkie aspekty z nią związane.

 

Reklamy

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s