Odbiornik #1: Kulturoznawcza rola dziennikarstwa muzycznego – Naphta i Seblove (Purpurowe Rejsy)

Naphta i Seblove to pasjonaci, którzy muzyką zajmują się niemal na wszystkie sposoby. Tu natomiast opowiadają o swojej audycji Purpurowe Rejsy, poruszając również takie wątki, jak Bandcamp, krytyka muzyczna i dziennikarstwo w dobie mediów społecznościowych.

Purpurowy rejs trwa od pięciu lat. Jakie rejony zwiedzacie? Gdzie już dotarliście?

SEBLOVE: Tak, chyba nawet dłużej niż pięć lat. Pamiętam, że powstały w pierwszy dzień mojej przeprowadzki do Wrocławia, były to pierwsze dni listopada 2012 roku. Siedzieliśmy w mieszkaniu na Gaju, gdzie wówczas Paweł mieszkał i rejsowaliśmy razem z Jędrkiem Jendrośką. Później, jakoś z początkiem stycznia 2013 roku, dostaliśmy propozycję prowadzenia autorskiej audycji w Radiu Luz i od tego czasu dzielnie płyniemy. Mam wrażenie, że byliśmy już na wszystkich kontynentach, ale z pewnością nie słyszeliśmy jeszcze muzyki ze wszystkich krajów na świecie, więc wiele przed nami.

NAPHTA: Potwierdzam wszystko – zresztą te pierwsze Rejsy miały zupełnie inną formułę. To były gościnne miksy od ludzi, którzy akurat grali we Wrocławiu: od Daniela Drumza po Madteo. Robiliśmy nawet streamy wideo, ale wtedy technologia nie była tak wygodna, jak teraz. Na pewno lepiej się czujemy po prostu zbierając muzykę i później ją prezentując. Co do kontynentów, to nie wiem, czy zwiedziliśmy już wszystkie – nie przypominam sobie muzyki z Antarktydy, ale mogę się mylić. Eksploracja świata to jedno, ale wynajdywanie ciekawych rzeczy z Polski to równie ekscytujące zajęcie. Od zawsze dostawaliśmy sporo muzyki od mniej lub bardziej znajomych osób, a na niektóre projekty – jak na przykład Bitamina – wpadaliśmy zupełnie przypadkiem. To ważne, żeby pokazywać też polską muzykę, która nie powinna mieć żadnych kompleksów względem reszty świata.


Pamiętacie pierwsze polskie projekty, które zrobiły na was wrażenie?

NAPHTA: Zaczynaliśmy w złotych czasach new beatu i tak zwanej muzyki basowej, więc patrząc wstecz, pewnie artyści z tego kręgu. Na pewno Teielte, Szatt, Symbiotic Sounds, czy na przykład Lux Familiar. Z bardziej klubowej strony, to (niedziałający w tym momencie, niestety) Space, Ladies, Kiro Rox, czy też Selvy. Część z tych artystów działa z powodzeniem do dzisiaj, część się wybiła (na przykład Selvy), a część zrezygnowała z tworzenia muzyki. Jeśli miałbym wybrać nasze największe odkrycie, to byłaby to na pewno Bitamina, która z bandcampowego czyśćca wystrzeliła na największe sceny w kraju.





SEBLOVE: To prawda. Status honorowych marynarzy uzyskało już wielu artystów, którzy wypełniają naszą łajbę. Warto tutaj wspomnieć jeszcze o Bartku Kruczyńskim aka The Phantom / Ptaki… Oczywiście, on odniósł sukces dużo wcześniej, ale dzięki audycji mogliśmy jego nowe nagrania prezentować jako pierwsi. Na przykad wspaniały “Sopot”, który graliśmy nawet w jakiejś dość wczesnej wersji. Podobnie było z ewolucją EABS. Gdy tylko mieliśmy możliwość, pokazywaliśmy przecieki z sesji, graliśmy nagrania live, prezentowaliśmy inspiracje do albumu poświęconego Komedzie jeszcze podczas procesu tworzenia się koncepcji tego wydawnictwa. Audycja daje nam też dużo możliwości na wyłanianie artystów, którzy mogliby zapełnić katalog Astigmatic Records. Tak było na przykład z duetem Sarmacja. Graliśmy ich materiał z “Tutejsi EP” już bardzo dawno temu, gdy miał ukazać się jeszcze w FASRAT. Upłynęło sporo wody w rzekach, a ta płyta dopiero ukaże się w połowie roku 2018 nakładem Astigmatic właśnie.



Poruszyliście temat Bandcampa – co sądzicie o tym serwisie? Korzystacie z niego przygotowując audycję?

NAPHTA: Absolutnie. Częstym źródłem muzyki do audycji są promówki, które dostajemy od wytwórni bądź bezpośrednio od artystów i artystek, zdarza nam się ripować winyle. Ale kiedy gram nową muzykę, to kupuję ją na Bandcampie. Zresztą z serwisem jestem za pan brat od dawna – często kupuję na nim fizyczne nośniki, a nawet zdarzyło mi się samemu coś przez niego wydać. Dla przykładu, tak było z moją serią remiksowych albumów Sun Ra. Bandcamp to w tym momencie najbardziej uczciwy serwis wobec wydawców i artystów, z sensownym modelem finansowym, którego brakuje serwisom streamingowym.

SEBLOVE: Warto dodać, że Bandcamp jest też świetnie zaprojektowany i przejrzysty. Znam go na pamięć, więc jeśli wiem, że na jakiegoś artystę wpadłem na Bandcampie, to również szybko znajdę tam informacje o danym albumie, a to pozyskiwanie informacji jest bardzo ważne w przygotowaniu do audycji. Zwłaszcza jeśli musimy uzupełniać wszystkie te okienka przy raportowaniu tego, co zagraliśmy.

Co ostatnio odkryliście na Bandcampie?

SEBLOVE: Moje najnowsze odkrycie to DJ Taye, w zasadzie to dopiero naprowadził mnie na niego jego pierwszy singiel “Get It Jukin” z gościnnym udziałem Chucka Inglisha z Cool Kids (w sumie nawet nie wiem, czy jeszcze istnieją…). Rozwaliło mnie połączenie rapu z footworkiem. DJ Taye to przedstawiciel młodszej generacji niż założyciele Teklife, jednak po śmierci Rashada, młodziak postanowił kontynuować jego drogę. Premiera “Still Trippin’” dopiero 2 marca, ale już myślę, że to będzie coś zajebistego.

NAPHTA: Mocno śledzę ekstremalny metal i ostatnio wpadłem na Crescent – zespół z Kairu, który łączy elementy muzyki egipskiej z death metalem. Mam dużą słabość do wszystkiego, co łączy się z Egiptem, fajnie więc słyszeć projekt prosto ze źródła. Crescent bywa epicki, melodyjny i miażdżący. Dobra propozycja na przykład dla fanów Nile, a nawet Bolt Throwera.

Dlaczego akurat Egipt?

NAPHTA: Hm, w sumie od dziecka zbierałem albumy i książki poświęcone starożytnemu Egiptowi, oswoiłem się z tą estetyką. Fascynowała mnie również mitologia i kosmologia egipska, ale też niesamowity poziom cywilizacyjny i technologiczny, jaki to społeczeństwo osiągnęło już tak dawno temu. Już jako dorosły człowiek poznałem muzykę Sun Ra i okazało się, że Egipt może mieć również inne znaczenie. Byłem miło zaskoczony – okazało się, że najważniejszy dla mnie muzyk inspiruje się tym, co fascynowało mnie w dzieciństwie. Oczywiście na zupełnie innym poziomie – dla mnie to estetyka, ale na przykład dla Sun Ra, czy Sons Of Kemet ma to wymiar polityczny i tożsamościowy.

Wróćmy na moment do wątku przygotowywania audycji. Jak zmienił się wasz sposób pracy w ciągu tych ponad pięciu lat?

SEBLOVE: Mój jest taki sam od dawna. Najczęściej już nie szukam muzyki, tylko muzyka sama znajduje mnie. Po tylu latach w środowisku muzycznym wytwarza się wokół człowieka siatka znajomości i rekomendujących, którym muzycznie ufasz. W dodatku cały czas spektrum muzyczne i ilość artystów, których znamy, się powiększa i wszystko w ten sposób rośnie. Audycja na pewno też motywuje ludzi do wysyłania nam materiału przedpremierowego, to samo powoduje teraz label Astigmatic Records. Problemem jest jedynie czas, żeby to wszystko ogarnąć. Dobrze by było być takim radiowcem na pełen etat, sprawy byłyby prostsze… Uzbieranie trzydziestu minut muzyki w tydzień, przy całej zajętości jest bardzo trudne, jeśli zależy nam też na jakości. Muzyki słucham tylko w domu, nie używam słuchawek, gdy jestem w trasie. Słuchałem w ten sposób muzyki przez osiem lat, osiem godzin dziennie od poniedziałku do piątku i przez to muszę uważać na uszy. Dlatego teraz staram się oszczędzać i nie męczyć słuchu.

NAPHTA: W zasadzie od samego początku muzyka znajdowała nas sama. Jeśli chodzi o zmianę sposobu pracy, to sama logistyka nie zmieniła się tak bardzo – może częściej nagrywamy audycje poza radiem (na przykład w moim domowym studio). Na pewno przesunęliśmy środek ciężkości z nowości na rzeczy, których po prostu słuchamy – nie czujemy presji, by prezentować wyłącznie nowości, chętnie wracamy do przeszłości – nawet nie tak odległej. Uzależnienie od nowości sprawia, że muzyki słucha się powierzchownie, my jednak lubimy osłuchiwać się z ulubionymi albumami czy utworami.

Wspomnieliście o uzależnieniu od nowości. Czuliście kiedyś presję, aby ciągle być na bieżąco, szukać, sprawdzać?

NAPHTA: Oczywiście. Wciąż pracuję jako dziennikarz muzyczny i ta presja jest czasem obecna. Często wolałbym mieć czas, żeby posłuchać jakiegoś spirytualnego jazzu z lat siedemdziesiątych, którego jeszcze nie znam, albo jakiegoś obskurnego black metalu, ale muszę posłuchać niejednokrotnie przeciętnych i nic nie wnoszących nowości. Da się od tego uciec, ale tylko do pewnego stopnia. Bycie na bieżąco to jedno, ale szukanie i szperanie to poniekąd obowiązek każdego miłośnika muzyki i z tym problemu nie mam.

SEBLOVE: Mam to szczęście, że systematycznie zacząłem wymiksowywać się z bycia dziennikarzem, a swoje umiejętności w tym zakresie wykorzystuję na innych polach i z większym namysłem. W pewnym momencie sam złapałem się też nad tym, że zacząłem jedynie słyszeć muzykę, a nie słuchać jej z przyjemnością i dogłębnie. Przypomniała mi się konsumpcja treści z lat dziewięćdziesiątych, kiedy zdzierało się kasety od ilości powtórnego słuchania. Dziś żyjemy w czasach, gdzie ludzie ściągają pliki, przesłuchują album raz, albo go nawet skipują i wyrzucają do kosza, żeby zająć się następnym. Dlatego ja lubię tę kulturę winyla i możliwość powrotów do ulubionych tytułów. Czasami mam problem z uzbieraniem trzydziestu minut na audycję, ponieważ potrafi mi się wkręcić album, od którego nie mogę się uwolnić.

Kiedy pojawia się ten moment, w którym selekcjoner postanawia odpuścić pogoń za tym, co nowe?

NAPHTA: Może wtedy, gdy czuje się on pewnie z własnym gustem? Na pewno wtedy, kiedy może sobie na to pozwolić. Bardzo szanuję takich DJ-ów, jak na przykład Bartek Kruczyński, którzy po prostu grają, co chcą. W muzyce klubowej jest duża rotacja hitów i słowo “selektor” jest tu kluczowe. Zdecydowanie wolę posłuchać kogoś, kto ma bardzo autorską selekcję, niż kogoś, kto klepie modne nowości.

SEBLOVE: Mam dokładnie tak, jak Paweł. Bardzo lubię, kiedy ktoś wrzuci perełkę, której nigdy wcześniej nie słyszałem, albo wmontuje w set coś, co doskonale znam, ale nie słyszałem tego przez lata. Na przykład Richard Russell z XL Recordings kiedyś zagrał set, gdzie mieszał stare z nowym, a w dodatku ze wszystkimi gatunkami. To jest super przygoda, kiedy nie wiesz, co będzie następne a możesz spodziewać się wszystkiego. Pogoń nie ma sensu – jeśli coś jest dobre i ma szansę trafić w Twoje gusta, trafi do Ciebie prędzej czy później. Mamy całe życie na naukę. Nie ma też nic złego w tym, że czegoś po prostu się nie wie.

SEBLOVE stwierdził, że niegdyś kultura słuchania wyglądała zupełnie inaczej. Dziennikarstwo też było wtedy inne?

SEBLOVE: Dla mnie wszystko było inne… Zdobycie każdej płyty było celebrowane niesamowicie, kopiowało się ją po osiedlu, wszyscy tym żyli. Znali kawałki na pamięć. Do dziś doskonale znam stronę B kasety “Całkiem Nowe Oblicze” Slums Attack, a stronę A mniej, bo mi się bardziej strona B podobała… Tak samo było z magazynami. Gdy wychodził Klan, czekałem na każdy Raport Płytowy Druha Sławka, który był dla mnie kompendium wiedzy i pierwszą rzeczą, jaką czytałem. Wypisywałem sobie, co muszę sprawdzić i tak szukałem kolejnych bandów. Podobnie było z płytami. Jeśli słyszałem, że ktoś miał dobry featuring, od razu starałem się dowiedzieć czegoś o potencjalnym nowym odkryciu. Teraz ludzie mają dostęp do wszystkiego, a mam wrażenie, że ich pole zainteresowania paradoksalnie się zmniejszyło. Nie wiem dlaczego tak jest…

NAPHTA: Nie wiem, czy dziennikarstwo mocno się różniło – okej, może było mniej płyt do przesłuchania, ale skala ignorancji czy wręcz niekompetencji pozostaje ta sama. Mimo rozwoju sceny niezależnej, wielu mediom wciąż łatwiej po prostu wklejać press packi od dużych wytwórni i promować – z lenistwa lub konformizmu – rzeczy przeciętne i kiepskie. O, jest jedna bardzo mocna zmiana – tyrania klikalności. Jeśli media zakładają, że ludzie chcą tylko “klikać” (nawet nie czytać) w tematy, najczęściej powierzchowne, popularne lub głupio kontrowersyjne, to staje się to samospełniającą przepowiednią. Wystarczy porównać polskie media muzyczne czy rozrywkowe do ich anglosaskich odpowiedników – u nas tyrania klikalności przyjęła się zaskakująco mocno, a patrząc na Zachód, nie musi wcale tak być. Odmawiam traktowania publiczności jako bandy debili. Myślę, że jest duża chęć czytania wartościowego contentu, ale trzeba na to pracować. Dlatego też mocno szanuję Krzyśka Kwiatkowskiego i jego Trzy Szóstki – stworzył sobie mocną publikę, bo ją szanował, ufał jej intelektowi i był szczery w swoich opiniach o muzyce. Tylko tyle i aż tyle.

Poniekąd wskazaliście już, na czym polega rola selekcjonera. A na czym polega obecnie rola dziennikarza, skoro muzyki słucha się szybko, wybiórczo, nie przywiązując się do całych albumów?

NAPHTA: Dobre pytanie, bo w obecnych czasach nie jesteśmy już gatekeeperami – poza jakimiś przedpremierowymi historiami każdy ma mniej więcej ten sam dostęp do muzyki. Dawniej czytało się recenzje, żeby zdecydować o kupnie, dzisiaj można słuchać muzyki bez kupowania. Myślę, że współczesna rola dziennikarzy i dziennikarek muzycznych powinna być lekko kulturoznawcza – wszyscy widzą i doświadczają tych samych zjawisk, ale nie każdy umie je zebrać w większą całość, połączyć wnioskami, zauważyć wspólne tendencje, czy ocenić je krytycznie. Dlatego tak ważne jest pisanie większych syntez. Okej, można informować o nowym singlu Migos (i to się kliknie), ale warto też napisać, dlaczego na punkcie tego singla tak wielu ludzi traci rozum. Synteza, analiza, krytyczny opis zjawisk – to jedyna droga ratunku dla dziennikarstwa muzycznego. W innym przypadku zostanie ono zredukowane do roli pasma transmisyjnego między wytwórniami a publicznością, a nie oszukujmy się – taki pas w dobie social mediów łatwo zlikwidować.

SEBLOVE: W stu procentach zgadzam się z Pawłem. Współcześnie dziennikarz muzyczny powinien wykazać się większą inwencją niż kiedykolwiek wcześniej. Strasznie irytuje mnie kopiuj/wklej informacji prasowej. Oczywiście, z perspektywy wytwórni i to jest fajne, jeśli chodzi o obecność w mediach, ale czy to na pewno działa? Nie sądzę. O wiele bardziej wolę parafrazę newsa z autorskim komentarzem. Przecież równie dobrze w przyszłości boty mogą kopiować newsy z press packa, a ten czynnik ludzki jest niezmiernie ważny. Interesuje mnie choćby jedno zdanie, ale napisane OD AUTORA. Widać coraz więcej młodych dziennikarzy zaczyna się w to wkręcać tak, jak ja kiedyś. Recenzje są coraz bardziej wnikliwe, pojawiają się ciekawe analizy. Świetnie się to obserwowało na podstawie obecności EABS w mediach. Dużo dowiedziałem się o tym albumie. To było fajne.

Właśnie, skoro pojawił się już wątek mediów społecznościowych – jak się odnaleźć w tych realiach, zajmując się dziennikarstwem muzycznym? Jeden z dziennikarzy powiedział niegdyś, że tę profesję “cechuje pewien romantyzm”, ale w dobie social media chyba już coraz mniej. A może właśnie odwrotnie? Co sądzicie?

SEBLOVE: Mnie w mediach społecznościowych jest coraz mniej (mam na myśli prywatnie). W zasadzie służy mi to już tylko do tego, żeby poinformować znajomych, że “płyniemy”, a później do wrzucenia archiwalnej audycji. Facebook to nie jest dla mnie narzędzie poznawcze. Raczej mnie odstręcza. Oczywiście opcja prywatnego komunikatora jest bardzo przydatna i da się nią dziś posługiwać jak telefonem czy dawniej SMSem, ale najwięcej poznawczo w dziennikarstwie można dokonać wychodząc jednak z domu. Poznać kogoś na koncercie, zrobić wywiad, zakolegować się, potem zrobić tak jeszcze sto razy i już jest dość pokaźna sieć kontaktów. Dlatego nadal może być to romantyczne, jeśli zachowa się przy tym czynnik ludzki.

NAPHTA: Ha, romantyków w social mediach nie brakuje! Natomiast pod naciskiem social mediów widzę niebezpieczne przesunięcie – dziennikarze zaczynają być “twórcami contentu”, odrzucając jakąkolwiek etykę, głównie tę intelektualną. Na razie jest za wcześnie na rozstrzygnięcie, czy media społecznościowe są szkodliwe, czy nie – na pewno trzeba grać według pewnych reguł, ale to nie różni się wiele od metod komunikacji z przeszłości. Problemem jest coś, co sygnalizowałem już wcześniej: zakładanie, że publiczność jest niewymagająca, czy wprost głupia. Facebook do pewnego stopnia zmonopolizował rynek dziennikarsko-wydawniczy (więcej ruchu na strony pochodzi z FB niż z przeglądarek), ale chyba próbuje się z tego wycofać. Dlatego myślę, że trzeba z tych narzędzi korzystać odpowiedzialnie, mając na uwadze nie tylko bezwzględne algorytmy. Jasne, śmieszkowanie nabija więcej lajków, ale stawiając wyłącznie na śmieszkowanie, doprowadza się do erozji wartościowych treści i uczy algorytmy, że należy premiować wyłącznie taki typ contentu. Czyli ponownie wracamy do samospełniającej się przepowiedni.

Gdzie zatem szukacie tych wartościowych treści? Jakie portale przeglądacie, kogo czytacie/słuchacie?

SEBLOVE: Portale sprawdzam raczej z ciekawości w drugą stronę: jeśli coś znam i chcę się dowiedzieć, co ktoś o czymś myśli. Raczej nie czerpię z nich wiedzy. Nałogowo oglądam Youtube’a – zwłaszcza wywiady. Ale też nie żeby się czegoś dowiedzieć nowego o muzyce, ale raczej o branży i sposobie myślenia artystów w Polsce. Moje drogi do poznania wartościowych treści są takie, jak wspomniałem wcześniej – siatka ludzi poznanych przez lata i często rozmowy w cztery oczy. Przykładem może być historia, jak wpadłem na Bitaminę… Kilka lat temu, pojechałem do Kalisza na koncert Sun Ra Arkestra, zresztą to nie był mój pierwszy raz, kiedy byłem na Festiwalu Pianistów Jazzowych. Jakiś czas wcześniej przez internet, na mój artykuł opowiadający historię powstania bluzy z fotografią Sun Ra, zareagował tajemniczy Giper aka Baltazar Karafka, który powiedział, że jest z Kalisza i że ma dostęp do taśm z koncertem Sun Ra z 1986 roku! Oniemiałem, bo ja miałem też ten materiał, ale nie w formie ,gdzie dałoby się jeszcze coś z nim zrobić… Postanowiliśmy się spotkać podczas festiwalu. Giper zabrał całą naszą ekipę do siebie do domu. Okazało się, że jest analogowym freakiem. Dużo sprzętów na taśmy, stare analogowe kamery. Same wspaniałe rzeczy. Co chwila nas czymś zaskakiwał i wyciągał kolejne niesamowite rzeczy. Aż zapytał, czy znamy Bitaminę. My na to, że nie i tak dalej. Wtedy dostaliśmy “Listy Janusza” w kopertach. Podczas spotkania ich nie odsłuchaliśmy. Stało się to następnego dnia, na laptopowych głośnikach w hotelu prowadzonym przez zgromadzenie katolickie. Nie spodziewaliśmy się po tym niczego, a dostaliśmy od tego materiału takiego kopa! Po powrocie zacząłem się tym odkryciem chwalić na lewo i prawo. Przyszedłem do Pawła przygotować audycje i pokazałem mu “Listy”, potem okazało się, że na bandcampie jest jeszcze “Plac Zabaw” – wyobraź sobie nasze miny wtedy! Takie historie lubię najbardziej. No i na koniec: gdzie szukam jeszcze treści? Audycje właśnie. Od 2002 roku regularnie co tydzień słucham Gilles’a Petersona w BBC, równie często Benjiego B, lubię też selekcję Lefto. Każdy z nich ma nieco inny korzeń, a w niektórych miejscach się zazębiają. Dzięki temu można poznać naprawdę szerokie spektrum muzyki. Od jakiegoś czasu działa też Worldwide.fm, a tam można posłuchać jeszcze więcej ciekawych selektorów. Ostatnio zaskoczył mnie natomiast Tim Garcia z Jazz FM. W Polsce moimi ulubionymi selektorami są Maciek Hermanowski (Studio 51:15) oraz Grzesiek Dworakowski (Digital Meditation). Oni znowu wychodzą z ramienia Warsoul, którego głównodowodzącym był Maceo Wyro. Wszyscy wzajemnie się inspirowaliśmy. Dziś najbardziej odczuwam brak Maceo i często staram się sobie wyobrazić, co on by powiedział o muzyce, której nie zdążył usłyszeć…

NAPHTA: Lubię czytać duże analizy branżowe rozsiane w różnych miejscach internetu. Wartościowo pisze Quietus, lubię też blogi w rodzaju Passion Of the Weiss czy Angry Metal Guy – o mocnym, autorskim charakterze. Czasem coś ciekawego można znaleźć na Electronic Beats, Bandcamp Daily również ma wiele do zaoferowania. YouTube jest też dobrym źródłem muzycznego contentu – od interesujących wideo esejów, po kanały w rodzaju The Needle Drop. Zazwyczaj nie zgadzam się z recenzjami Fantano, ale jego analizy różnych zjawisk w branży muzycznej są naprawdę ciekawe. Ostatnio łapię się na tym, że najwięcej wynoszę z wywiadów (o ile są porządnie poprowadzone) – nawet taki clickbaitowy portal, jak Vulture, miewa wartościowe rozmowy. Tutaj wiele zależy od rozmówców i rozmówczyń. W Polsce mam lekki niedosyt – poza bardzo specjalistycznymi tekstami (na przykład Estrada i Studio) lub pół-akademickimi (Dwutygodnik, Glissando), ciężko znaleźć teksty wnoszące coś do dyskursu muzycznego. Oczywiście, bardzo szanuję kilka osób, które uważam za autorytety – tutaj głównie Bartek Chaciński i jego Polifonia, dobrą robotę odwala Jarek Szubrycht przy Gazecie Magnetofonowej. Wspominany już Krzysiek Kwiatkowski i jego Trzy Szóstki to także dobre źródło bezkompromisowych opinii. Fajne teksty potrafi pisać Filip Szałasek, Andżelika Kaczorowska powinna wrócić do pisania, bo też się ją dobrze czytało. Widzę sporo portali muzycznych, na których piszą młodzi ludzie na zajawce, ale często brakuje im jeszcze warsztatu i wyczucia. W jakimś sensie przypomina mi to dziennikarskie wzmożenie z moich początków, kiedy portale takie jak Porcys czy Screenagers prowadziły ze sobą przyjazną rywalizację i fajnie, że jest tylu chętnych na pisanie o muzyce.

Na koniec rozmowy rozwińmy jeszcze wątek, który mnie zaintrygował: czym cechuje się “pewność swojego gustu”? Kiedy ta pewność się pojawia?

NAPHTA: Myślę, że duża część ludzi nie traktuje poważnie muzyki – i jest to podejście uprawnione. Dość utopijnie byłoby myśleć, że nagle będziemy żyć pośród samych melomanów. Ci ludzie nie zastanawiają się nad tym, co słyszą, zazwyczaj traktują muzykę jako tło, na takiej samej zasadzie, jak w wielu polskich domach w tle gra telewizja. Ale jest część dusz romantycznych, dla których muzyka jest bardzo ważna. Tacy ludzie słuchają dużo i z czasem są pewni swojego gustu na tyle, że wiedzą, jakiej muzyki szukają, gdzie mniej więcej ją znaleźć, albo jak dalej swój gust rozbudowywać. To wypadkowa muzycznej erudycji, ale i zaufania do siebie. Myślę, że dzisiaj łatwiej i szybciej się tego dorobić niż kiedyś – to jedna z zalet rozwoju internetu. “Pewności gustu” nie można jednak pomylić z doktrynerstwem. Znam bardzo dużo gagatków, którzy może i słuchają dużo, ale lubią się zamykać, okopywać lub być wrogami wszystkiego spoza swojego obozu. A to zupełnie niepotrzebne i w gruncie rzeczy szkodliwe.

SEBLOVE: A ja nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Mnie muzyka pomagała iść przez życie, a soundtrack do tego życia zwyczajnie okazał się być w takim, a nie innym guście. Na pewno zauważyłem przejście od dość zatwardziałego fana hip-hopu, który wraz z poszerzaną wiedzą otwierał swój umysł. Polecam po prostu otworzyć głowę i zobaczyć, co się stanie – ja tak zrobiłem i przeżyłem już dużo przygód.



***

Odbiornik to cykl poświęcony ciekawym inicjatywom dziennikarskim. Bohaterami każdego odcinka są twórcy audycji radiowych, których na co dzień słucham i dziennikarze, których teksty czytam. Opowiadają oni o swojej działalności, zajawkach i wszystkim, na co zwracają uwagę. Główną osią każdej z rozmów jest natomiast muzyka i wszelkie aspekty z nią związane.

Reklamy

4 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s