Liczę swoje keyboardy dla zabicia czasu – wywiad z Bibi

Pod koniec stycznia na Ładnych Piosenkach opublikowany został wywiad z Hanako – wtedy też Bibi wspominała, że niedługo opowie mi nieco więcej o swoich pozostałych projektach i słowa dotrzymała. Poniżej zapis naszej rozmowy, krążącej niekiedy wokół tematów, które nie są bezpośrednio związane z muzyką, a które łatwiej za jej pomocą przemycić.

Emilia Stachowska: Muzyka otaczała cię od zawsze, czy szukałaś jej na własną rękę, nie mając żadnych wskazówek?

Bibi: W pewnym sensie muzyka otaczała mnie od zawsze, bo już jako dziecko się nią interesowałam. Jednak, jako mniej więcej trzynastolatka i „liderka” zespołu, który założyłam z koleżanką (było to Ground Zero, którego dwie piosenki wrzuciłam kiedyś na swój Soundcloud – takie granie dla naszych rodziców na gitarze na trzy akordy na krzyż i dwa wokale) uznałam, że mam okropny głos i powinnam zamilknąć na zawsze. Z tym postanowieniem żyłam przez wiele lat i mocno się zamknęłam na muzykę. Odkryłam ją na nowo dopiero po wielu latach, kiedy zmagałam się z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Zaczęłam szukać sposobu, żeby skanalizować swoje emocje. Bardzo trudno było mi się przemóc i zacząć coś robić (a w szczególności śpiewać – ta droga była naprawdę długa i mozolna), ale udało się. Do tej pory jest we mnie jednak dużo niepewności, zarówno jeśli chodzi o moje umiejętności, jak i wiedzę na temat muzyki, bo przez wiele lat przed nią uciekałam i potem zaczęłam na szybko nadrabiać zaległości. Na szczęście otaczali mnie ludzie, którzy pomagali mi stawić czoła lękom przed śpiewaniem i graniem na instrumentach (poza krótkim epizodem lekcji gry na pianinie, nigdy nie uczyłam się grać na niczym). I ludzie, którzy pokazali mi dużo fajnej muzyki.

Działasz w projektach, które proponują zróżnicowane brzmienie: shoegaze, dreampop, screamo, w poprzednim wywiadzie opowiadałaś też o synth operze i rapsach. Jak wyglądała twoja podróż poprzez gatunki? Pamiętasz tę drogę odkrywania nowych dźwięków, estetyk?

Nie jestem pewna, czy mogę powiedzieć o konkretnej drodze. Wydaje mi się, że rozstrzał gatunkowy wynika stąd, że nie szukam w muzyce wierności gatunkowi i tego, żeby spełniała ona jakieś konkretne warunki, tylko wrażliwości i intrygujących wątków dźwiękowo-brzmieniowych. W skrócie: wszystko mi jedno, co to będzie za gatunek, o ile do mnie przemówi. Wychowałam się na Hey‚u i Nirvanie, VH1 i Vivie Zwei. Przez jakiś czas byłam hipiską, więc zaliczyłam wszystkich Doorsów i tak dalej, ale później złapałam doła i zaczęłam słuchać black metalu. W międzyczasie pojawił się Marilyn Manson, który urzekł mnie swoją dziwnością i androgynicznością (czasy „Mechanical Animals”). Potem odkryłam Modest Mouse, Air i trochę niezalowych rzeczy, a później trafiłam na muzykologię, gdzie katowali nas klasyką, muzyką tradycyjną, folkiem. Dobrze było tam otrzeć się też o kompozytorów współczesnych, to również było inspirujące. Jak już pewnie zauważyłaś, nie wymieniłam żadnego z gatunków, które wspomniałaś w pytaniu, ale to chyba wynik tego, że jestem po prostu otwarta na dźwięki i lubię eksperymentować, próbować swoich sił na różnych polach. Generalnie jestem osobą, która jest ciekawa świata i nowych rzeczy i chociaż zżera mnie stres, nie potrafię nie stawiać przed sobą kolejnych wyzwań. Stąd pewnie ten rozstrzał.

Właśnie, muzykologia. Niezal i krytyka akademicka to dwa różne światy, czy to tylko stereotyp?

Na muzykologii nie było dużo miejsca na niezal, ale pamiętam, że raz była mowa o The Cure [śmiech]. Wydaje mi się, że to nie do końca kwestia opozycji środowisko akademickie a niezalowe, tylko tego, kto się w tych środowiskach obraca i jak bardzo jest otwarty na nowe czy stare. Bardziej chodzi chyba o sam system edukacji, jego przestarzałość i zatwardziałość niektórych wykładowców niż to, że te światy nie mogłyby się porozumieć. Można analizować niezal językiem nauki i można słuchać klasyki, grając niezal. Zresztą, dobrym przykładem na to, że można łączyć takie rzeczy, był event, gdzie spotkali się Niemy Dotyk, czyli Miłosz Cirocki znany ze Złotej Jesieni i Izabela Smelczyńska, moja koleżanka z roku z muzykologii, współautorka książki „Poza rejestrem. Rozmowy o muzyce i prawie autorskim„, związana między innymi z Glissando i tworząca improwizowaną muzykę elektroakustyczną.

Powiedziałaś, że jesteś otwarta na dźwięki i lubisz eksperymentować – zatrzymajmy się więc przy tych eksperymentach. Tak, jak wspominałam – Bibi and the Wave ma na swoim koncie zarówno romans z rapsami, jak i elektroniką. Opowiedz o tym projekcie coś więcej.

Bibi and The Wave powstało tak, że moja przyjaciółka kazała mi zagrać koncert, w którym będę grać na ukulele i śpiewać, a ja stwierdziłam, że to by było strasznie nudne i poprosiłam Maćka Matuszewskiego (basistę Evvolves i „szefa” Sick Parrot), żeby mnie wspomógł na klawiszkach, bo Maciek ma ich pokaźną kolekcję. Zagraliśmy jeden koncert i mieliśmy się rozpaść, ale tak się złożyło, że dostaliśmy kolejną propozycję zagrania. Początkowo mieliśmy zagrać to samo, co przy pierwszej okazji, ale ponieważ nieopatrznie zabrałam ze sobą ukulele na upojną noc na plażę i się rozpadło na kawałki, musieliśmy z Maćkiem wymyślić na szybko plan B. Zaprosiliśmy do zabawy Kubę Walendę z The Spouds i w jakieś trzy próby napisaliśmy synth-operę o kosmicie, który przyleciał na ziemię, żeby obudzić ludzi (dosłownie i w przenośni). To doświadczenie nauczyło mnie i Maćka, że jesteśmy fanami pisania materiału od zera w trzy/cztery próby i tak postanowiliśmy, że właśnie tym będzie Bibi and The Wave – zespołem, w którym będziemy sobie eksperymentować pod presją czasu. Mało nagrywamy, gramy głównie na żywo i bardzo często zmieniamy repertuar na taki, jaki akurat sobie wymyślimy. A prób nie gramy, dopóki nie mamy ustalonej daty koncertu.


W jakie rejony możecie jeszcze zawędrować?

Galaktyki, którymi podążamy, są niezbadane, ale zawsze marzyliśmy o zagraniu koncertu z eurodancem i może kiedyś się to uda.

A kolejny projekt – Sting nie zagra w Kazachstanie? Jaka jest jego historia?

To był projekt, który założył Mateusz Romanowski (gitarzysta Hanako, który gra też między innymi w The Spouds, Brooks Was Here i nieistniejącej już Melisie) i Michał Miegoń (Kiev Office). W ostatniej chwili chłopaki zaprosili jeszcze Rafała Wawszkiewicza (Merkabah). Historia mojego udziału w tym składzie jest taka, że zabrałam się z Mateuszem (który był wtedy moim chłopakiem) na wycieczkę do Gdyni, gdzie chłopaki mieli nagrywać płytę. Michał stwierdził, że skoro już tam jestem, to nie ma sensu, żebym siedziała jak kołek i postawił mnie przed mikrofonem. Potem zagraliśmy ze dwa koncerty i tyle. To nigdy nie miał być regularny skład, ale fajna przygoda i tak też się stało.

Evvolves z kolei jest jak najbardziej regularne. Co więcej, w poprzednim wywiadzie powiedziałaś, że ten projekt jest dla ciebie jak rodzina.

To prawda. Kocham ich wszystkich bardzo. To są osoby, przy których mogę być sobą i czuć się z tym okej. Wiele razem przeszliśmy, mamy podobny vibe. Nie wiem, czego to kwestia, po prostu dobrze się rozumiemy. Gdyby jutro miał się skończyć świat, dzisiejszy wieczór chciałabym spędzić z nimi. Staramy się grać raz lub więcej w tygodniu. Do tej pory pracowaliśmy tak, że Paweł Gniazdowski (The Spouds, Sour Gold Cicadas) przynosił pomysły, a reszta je obudowywała, ale prace nad nowym albumem wyglądają zupełnie inaczej. Każdy przynosi pomysły, każdy ma wpływ na ostateczny kształt piosenek. Będą i moje pomysły, i Magdy Korzeniewskiej (SKY), i Maćka. Ostatnio spotykamy się też w trochę bardziej rodzinnej atmosferze, bo gramy próby w pokoju Pawła. Nie spieszymy się, ćwiczymy do znudzenia. Ogólnie jest fajnie i jestem ciekawa, co z tego ostatecznie wyjdzie. Kilka nowych piosenek można już z resztą usłyszeć na koncertach.


Na Instagramie Evvolves pojawiło się zdjęcie z roboczymi tytułami piosenek. Połączenie słów i obrazków to tylko zabawa, czy te pomysły faktycznie będą zrealizowane? 

To ciekawy pomysł, może go wykorzystamy. Jeszcze nie myśleliśmy o stronie wizualnej nowego albumu, chociaż naszą „art directorką” jest Magda i pewnie tak będzie i tym razem. Ta setlista to akurat wyraz twórczej inwencji Pawła. Dostał zadanie, żeby spisać piosenki, nad którymi pracujemy, żeby sobie ułatwić podejmowanie decyzji, czym akurat chcemy się zająć. I taką zrobił. [śmiech]

Zaznaczyłaś, że muzyka była dla ciebie sposobem na walkę z lękami, z trudnościami. Jakiś czas temu opublikowałaś w sieci utwór „Zajączek”, nagrany wspólnie z Kubą Lemiszewskim – z tym materiałem wiąże się konkretny przekaz.

„Zajączek” jest o anoreksji. Chciałam opowiedzieć o tym problemie, bo chyba nie znam dziewczyny (sprawa oczywiście dotyczy też mężczyzn, ale myślę, że dziewczyn w dużo większym stopniu), która nie miałaby problemów z akceptacją swojego ciała i nie borykałaby się z zaburzeniami odżywiania na pewnym etapie życia. Sama prowadziłam notes, w którym zapisywałam ile zjadłam, ile ćwiczyłam, to, że się objadłam, albo ile zjadłam tabletek na przeczyszczenie i co akurat spuściłam danego dnia w kiblu. Jest też coś takiego, że nawet po wyleczeniu czasami dopada nas panika z powodu jednego kilograma za dużo i większość z nas jest w stanie to zrozumieć, bo sama tak ma. Taki kobiecy los. Mam nadzieję, że któregoś dnia patriarchat skona i nie będziemy musiały myśleć o takich rzeczach. Ale dopóki nie skona, warto rozmawiać o problemach, które on ze sobą niesie i wspierać się nawzajem.

Jakie inne problemy mogłabyś tu wymienić?

Nierówność płac, przemoc wobec kobiet, przemoc na tle seksualnym, zmuszanie kobiet do rodzenia, brak dostępu do środków antykoncepcyjnych, zakaz aborcji, rywalizacja kobiet z innymi kobietami, nienawiść kobiet do kobiet, gloryfikowanie mężczyzn, brak solidarności. Można by wymieniać długo.

A jak to jest być kobietą, która zajmuje się tworzeniem muzyki? Sporo artystek wskazuje na różnego rodzaju trudności podkreślając, że nie do końca jest równo.

I mają rację. Mężczyźni często nie traktują kobiet poważnie i doświadczyłam tego na własnej skórze ze strony akustyków, ale też muzyków, kiedy sama nagłaśniałam koncerty i ogólnie ludzi (gdy mówisz, że grasz w zespole, to pierwsze, co kolesie sobie myślą, to że śpiewasz jak Edyta Górniak i wtedy musisz mu tłumaczyć, co to jest screamo albo że masz w domu komputer, mikser, interfejs i takie tam). Na co dzień obracam się akurat w towarzystwie, które ma lewicowe poglądy i na szczęście poznałam też wielu chłopaków, którzy mnie wspierali (takich, jak wspomniani wcześniej Maciek i Mateusz), albo wręcz popychali do działania, kiedy sama w siebie nie wierzyłam. Może dopóki sytuacja się nie wyrówna, warto pomyśleć o tym, żeby otaczać się ludźmi, którzy mają sensowne poglądy, chociaż oczywiście nie jest to też takie łatwe, bo nie wszędzie takich znajdziemy.

Wróćmy na moment do twoich nagrań. Czy możesz przybliżyć koncept „Poematu o dorastaniu”?

„Poemat” powstał tak, że grupa muzyków z poznańskiej sceny wpadła na pomysł, który nazwali Projektem 30, czyli: masz 30 dni na nagranie 30-minutowej płyty i musisz to zrobić w pojedynkę. Kiedy rzucili to hasło, wymyśliłam „Poemat” – koncept albumu o życiu dziecka od momentu narodzin po wejście w dorosłość. Wtedy akurat pracowałam w bardzo stresującym miejscu po dziesięć godzin dziennie i nie miałam czasu go zrealizować, ale zrobiłam to kiedyś na jakimś L4. Prawie rok później „Poemat” wyszedł na kasecie, wydany przez Jasień Emila Macherzyńskiego (Palcolor, Anatol) i Joanny Świderskiej (Guiding Lights). Wtedy powstała też jego strona B czyli „Wspomnienia z dzieciństwa”, której nie byłoby wcale, gdyby Asia Świderska nie użyczyła mi swoich nagrań.

Gdybyś miała nagrać kolejną część – o tym, co się dzieje po wejściu w dorosłość, na jakich wątkach byś się skupiła?

Właściwie można powiedzieć, że już nagrałam kolejną część. Moja solowa twórczość to coś, za co odpowiadam tylko ja, więc mogę sobie pozwolić na większą swobodę i poruszać bardziej osobiste tematy. I jest trochę tak, że to, co robię pod szyldem „bibi„, jest odzwierciedleniem tego, o czym akurat rozmyślam. „Poemat” powstał pewnie dlatego, że naprawdę stawiałam pierwsze kroki w dorosłym życiu – wyprowadziłam się z domu i trafiłam na etat, który dawał mi pieniądze, ale zabierał całą radość z życia. Ktoś powiedział mi kiedyś, że „Poemat” nie jest o dorastaniu, ale o relacji matka-córka i pewnie też miał rację. Dla „bibi” inspiracją w dużej mierze jest sama Bibi, chociaż – tak jak Barthes – uważam, że akt pisania sam w sobie jest fikcjonalizacją, nawet jeśli jego tematem są autentyczne wydarzenia i nie mogę też powiedzieć, że wszystko, co robię, jest o mnie. Nie byłoby to prawdą. Wracając natomiast do twojego pytania: dalsza część poematu, czyli mój drugi album, roboczo nazwany „Esejem o miłości” jest o miłości, bo tak się złożyło, że kiedy powstawał, dużo rozmyślałam właśnie o tym. Mówiąc konkretnie – myślałam o tym, czy efektywna komunikacja między zakochanymi jest w ogóle możliwa. Czytałam wtedy sporo o komunikacji w związkach, czytałam „Fragmenty dyskursu miłosnego” Barthesa, oglądałam filmy, które poruszały temat tego, jak kochamy i co dla nas oznacza miłość. Ogólnie, lubię też rozmyślać o języku i bawić się nim (ukończenie studiów lingwistycznych zobowiązuje) i z tego wszystkiego powstał „Esej”. Oczywiście, jest to płyta, taki esej muzyczny, więc nie można spodziewać się w nim traktatów filozoficznych, a raczej wrażeń tekstowo-muzycznych. Swoją drogą – teraz myślę, że wchodzenie w dorosłość oznacza też dojrzałość emocjonalną i naukę wchodzenia w zdrowe relacje, więc właściwie nawet ma to sens, jako kolejna część „Poematu”, chociaż tak naprawdę, wcześniej wcale o tym nie myślałam.

Wspomniany drugi album ukaże się już niedługo nakładem Trzech Szóstek, a co dalej? Jakie są twoje plany solo, jakie są plany projektów, w których działasz?

W kwietniu planuję mini-traskę ze SKY i dwiema super-zdolnymi dziewczynami z Izraela, które obecnie mieszkają i tworzą w Berlinie, czyli Dane Joe i Netą Polturak. Na razie nie myślałam dużo o nowym materiale, ale wszystko wskazuje na to, że będzie o śmierci, bo ostatnio myślę głównie o niej. Z Evvolves skupiamy się na tworzeniu nowego materiału, z Hanako zagramy kilka koncertów (w tym z Uniform, czym się bardzo jaram), ale największy nacisk też kładziemy teraz na pisanie.
Z Bibi and the Wave nie planujemy nic, dopóki ktoś nam nie zaproponuje gigu. Poza tym ostatnio spróbowaliśmy swoich sił jako dj-e, więc czekamy teraz na zlecenia, licząc swoje keyboardy dla zabicia czasu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s