Oswajamy rzeczy poprzez chaos i melodie – wywiad z Hanako

Rozmowa z Hanako – o tym, jak trudno i zarazem cudownie jest kontynuować etos DIY, o społecznym zaangażowaniu, emocjach i pracy u podstaw, która w niezalu jest najważniejsza.

Emilia Stachowska: Działacie pod wieloma szyldami, każdy z was zaangażowany jest także w inne projekty. Na stronie Tegosłucham.pl można nawet przeczytać, że „ciężko jest nakreślić koleżeńsko-muzyczną siatkę, która stworzyła się w stolicy”. Zanim więc przejdziemy do Hanako, opiszcie pozostałe składy, z którymi jesteście związani.

Mateusz Romanowski: Biorąc pod uwagę jakkolwiek czynnie działające składy, oprócz Hanako dalej gram w The Spouds. Poza tym, w maju zagram pierwszy koncert składu, w którym jeszcze nie grałem, ale o którym chyba jeszcze nie mogę mówić. Zdarzało mi się grać trochę koncertów improwizowanych, ale z różnych przyczyn, głównie czasowych, trochę wypadłem z obiegu i dzieje się to bardzo rzadko. Reszta składów to na ten moment przeszłość albo niesprecyzowane plany.

Krzysztof Sarosiek: Faktycznie, ciężko znaleźć wśród naszych znajomych osobę, która grałaby tylko w jednym zespole. Ja dzielę czas między Hanako i Zwidy. Ciężko mi opisywać muzykę swoich zespołów, ale ostatnio zagraliśmy krótką traskę, na której wystąpiły obydwa składy i wszystko bardzo ładnie się ze sobą połączyło. Być może powtórzymy to kiedyś na większą skalę. Dodam też, że to, że dołączyłem do Hanako, to w dużej mierze zasługa tej muzyczno-koleżeńskiej siatki. Od lat jestem fanem zespołów Mateusza, Evvolves Bibi, czy Spirits Of The Air Pawła. Miałem nadzieję, że kiedyś pogram coś z każdym z nich i wyszło tak, że robimy to akurat w Hanako.

Bibi: Poza Hanako gram w Evvolves, Bibi and The Wave i występuję solowo, jako bibi. Bibi and The Wave to skład, który eksperymentuje z gatunkami, często zmieniamy instrumentarium i koncepcję (graliśmy na przykład rapy o rzucaniu pracy, synth operę o kosmicie czy covery polskich hitów z lat 90. w wersji na perkusję, bas i krzyk). Z Maćkiem Matuszewskim (znanym też z Sick Parrot) jesteśmy tak zgrani, że czego sobie nie wymyślimy, jesteśmy w stanie w ciągu trzech prób stworzyć od zera materiał, który w miarę trzyma się kupy. Poza tym, od jakiegoś czasu zajmujemy się też DJ-ką. Evvolves założyliśmy z Pawłem Gniazdowskim (The Spouds, Sour Gold Cicadas), ale szybko dołączyli do nas wspomniany wcześniej Maciek i Magda Korzeniewska, czyli SKY. Gramy shoegaze/dream-pop, lubimy eksperymentować z brzmieniem, do którego przykładamy dużą wagę i nie mogę tu nie wspomnieć o Piotrze Szwajgrze (Den Drones, Rumianek), który wyprodukował naszą drugą płytę, „Mosses”, bo miał on bardzo duży wpływ na jej ostateczny kształt. Evvolves jest dla mnie czymś więcej niż tylko zespołem. Jesteśmy ze sobą bardzo związani i gdyby nie ten skład i nasza przyjaźń, pewnie o wiele ciężej znosiłabym rzeczywistość. To trochę taka czteroosobowa grupa wsparcia. [śmiech] O moim solowym projekcie, bibi, będę chyba miała okazję jeszcze ci opowiedzieć, więc na razie nie będę rozwijać tego wątku. Powiem tylko, że w marcu, w labelu Trzy Szóstki, ukaże się mój drugi album.


Paweł Kowalewicz: Uważam, że „koleżeńsko-muzyczna siatka” jest tak gęsta, że właściwie niemożliwym jest ogarnięcie umysłem wszystkich zależności istniejących w jej obrębie. Oprócz Hanako udzielam się także w post-hardcorowym Native Lungs (w którego składzie znajduje się Majkel grający z Mateuszem w Brooks Was Here) oraz w Spirits Of The Air (tu z kolei na basie gra Grześ z The Spouds). Z tym drugim niedługo wydamy płytę, która jest dość mocna osadzona w emocjonalnym klimacie lat 90., ale nie jest to jedyna inspiracja, którą będzie można usłyszeć. Jestem również związany z kończącym już działalności Karate Free Stylers.


Na wspomnianej stronie Tegosłucham.pl pojawiło się (całkiem słuszne) spostrzeżenie, że cechuje was „spory rozstrzał klimatów, jeśli spojrzeć na bazowe kapele”. Skąd potrzeba zrzeszenia się w jeszcze jednym projekcie?

Bibi: Hanako założyliśmy z Mateuszem. Myślę, że było to naturalne następstwo tego, że byliśmy wtedy parą i naszego podobieństwa – mam tu na myśli pewien rodzaj wewnętrznego sprzeciwu na otaczającą nas rzeczywistość. Mogę też wyznać, że zawsze chciałam mieć zespół, w którym będę krzyczeć, bo uwielbiam wyzwania i walkę ze swoimi lękami (a publiczne śpiewanie ciągle mnie przeraża). Mateusz już umie krzyczeć, więc najłatwiej było mi zwrócić się do niego o pomoc. Paweł i Krzysiek dołączyli do nas po odejściu Yuryego Kasyanenko (Bastard Disco, SRVVL, Light Matters) i Olesa Kalmuka (we watch clouds, SRVVL). Szukaliśmy nowej sekcji rytmicznej, która będzie miała podobny gust muzyczny i podobną wizję współpracy.




Mateusz: Jeśli o mnie chodzi, to chciałem pograć muzykę, która trochę mocniej zahaczałaby o screamo. Zawsze mega jarały mnie kapele z punkowo-hardcore’owych okolic z krzyczącymi dziewczynami. Zaczęło się to chyba od szwedzkich Heart On My Sleeve i powiązanych z nimi The Hope and The Failure, ale parę lat temu dołączyły do tego grona takie kanadyjskie bandy, jak I Hate Sex i La Luna. Mógłbym jeszcze wymienić Analena, a z komercyjnych składów Pretty Girls Make Graves i White Lung. To był emocjonalny punkt wyjścia dla naszej muzyki, nawet jeśli te wpływy nie są specjalnie słyszalne. Kiedy zmieniliśmy sekcję rytmiczną, mogłem poczuć się swobodniej jako gitarzysta i dodać do takiego grania więcej inspiracji, którymi jaramy się razem z Krzyśkiem i Pawłem. Powiedziałbym, że screamo przez swoją bezpośredniość i brak emocjonalnych barier było dla nas punktem startu, ale doszliśmy do momentu, kiedy jest po prostu jedną z części składowych tego, co się dzieje w naszej muzyce.

Krzysztof: Pewne emocje łatwiej jest wyrażać za pomocą konkretnej muzyki. Niektórych tematów nie byłbym w stanie poruszyć w Zwidach ze względu na koncept projektu – zarówno muzyczny, jak i tekstowy – jaki mamy w tamtym zespole. Poza tym, ciągnie mnie od pewnego czasu do grania bardziej ekstremalnych rzeczy, dzięki czemu „wyżywam się” znacznie bardziej. Dlatego, kiedy pojawiła się propozycja dołączenia do Hanako, nie zastanawiałem się nawet sekundy. Posiadanie kilku zespołów wydaje mi się bardzo zdrowe. Głupio byłoby forsować wszystkie swoje pomysły w ramach jednej kapeli – szczególnie, że trzeba brać pod uwagę także pomysły innych muzyków. Mam takie ciche marzenie, żeby nagrać płytę w każdym gatunku, jakiego słucham, więc jestem teraz chyba w jakiejś jednej setnej swojej drogi.

Bibi powiedziała że muzyka Hanako to rodzaj wewnętrznego sprzeciwu na otaczającą rzeczywistość. Na Violence Online pojawia się również opinia, zgodnie z którą wasza twórczość to „sprzeciw podparty konkretnymi poglądami i zaangażowaną postawą”. Możecie powiedzieć o tej postawie coś więcej? Kiedy coś zaczęło was kłuć, drażnić, frustrować?

Krzysztof: Jesteśmy zaangażowani w działalność prouchodźczą, walkę o prawa mniejszości seksualnych i etnicznych, kobiet, pracowników itd. Najprościej ujmując – jesteśmy wyczuleni na niesprawiedliwość, nawet jeśli nie uderza ona w nas bezpośrednio. Słuchanie o kolejnym pobitym obcokrajowcu albo stopniowym odbieraniu podstawowych praw kobietom to nic przyjemnego, nawet z pozycji białego, heteroseksualnego mężczyzny. Nie wiem, kiedy mnie osobiście zaczęło to kłuć. Bardzo dawno temu – takie rzeczy, jak rasizm czy homofobia wydawały mi się niesamowicie głupie już w podstawówce. Kiedy wszedłem w dorosłe życie, bardzo mocno uderzyła mnie kwestia praw pracowniczych. Mija od tego czasu już dziesięć lat, a ja dopiero od niedawna mogę cieszyć się ich pełnią. Na pewno jednak nie identyfikowałbym tego z tzw. „dobrą zmianą”. Większość problemów, z którymi walczymy, istnieje od wielu lat i nie powstrzymały ich nawet obozy władzy, które szumnie nazywały się „lewicowymi”. Jakiś czas temu – przy okazji inicjatywy Noise For Refugees – odkryliśmy, że można w obrębie sceny niezależnej bardzo wydatnie pomóc ludziom w potrzebie. Nie oszukujmy się – z muzyki niezależnej i tak się nie da żyć, więc grając benefity nie tracimy zbyt wiele, a możemy komuś uratować życie, zdrowie czy zadbać o jego prawa. W lutym zagramy na beneficie na AKS ZŁY – demokratyczny, równościowy klub piłkarski. To też niesamowita sprawa, o którą warto walczyć.

Mateusz: Na pierwsze antyfaszystowskie spędy zacząłem chodzić jeszcze w liceum. Na studiach miałem etap współtworzenia „Codziennika Feministycznego” i działania w Demokratycznym Zrzeszeniu Studenckim. Myślę, że światopoglądowo zawsze ciągnęło mnie w lewo, ale dopiero pod koniec liceum zaczęły się kształtować moje poglądy ekonomiczne. Teraz, jak wspomniał Krzysiek, robimy co nieco w Noise For Refugees. Jeśli chodzi o określenie „sprzeciw podparty konkretnymi poglądami i zaangażowaną postawą” – jest ono po prostu oceną osoby, która przeprowadzała z nami wywiad. Oceną bardzo miłą, ale ja sam widzę, jak zmieniam się na przestrzeni lat i nowe wydarzenia rewidują różne aspekty tego, co wcześniej myślałem sobie o świecie i o sobie. Gdybyś zadała mi takie samo pytanie pięć lat temu, pewnie naprodukowałbym się tutaj na sto linijek i miałbym do zaoferowania więcej „konkretu” niż teraz.

Bibi: To trudne pytanie. Ciężko mi odpowiedzieć na pytanie „kiedy”. O ile kwestia idiotyczności rasizmu była dla mnie oczywista od zawsze, na wiele spraw uwrażliwiłam się dużo później. Na pewno ważnym punktem był moment, kiedy mój najlepszy przyjaciel wyjechał z Polski, a do mnie dotarło, co oznacza bycie gejem w tym kraju. Nie ukrywam, że spotkanie z feminizmem też było dla mnie ważne. Ale co się stało, że poczułam potrzebę mówić o pewnych sprawach na głos? Nie wiem – myślę, że po prostu przelała się u mnie czara goryczy. Być może kiedy czytałam o Lampedusie, , kiedy próbowano sprzedać skłot Syrena, a może wtedy, kiedy chirurg, który miał mi usuwać pieprzyk, zmacał mnie po tyłku i skomentował wygląd moich piersi.

Paweł: Właściwie, odkąd zacząłem przejawiać jakieś konkretne oznaki samoświadomości czułem, że coś jest nie tak. Może to brzmieć dość banalnie, ale już w podstawówce czułem się inny, bardziej wrażliwy od rówieśników. Przełom nastąpił na początku gimnazjum, kiedy to poznałem ludzi, z którymi przyjaźnię do dzisiaj i którzy wprowadzili mnie w lokalne środowisko punkowe. Dopiero tam poczułem, że moja reakcja na życie nie jest wcale taka oryginalna i odosobniona jak mi się wydawało. Duża w tym zasługa także moich rodziców, którzy od małego uczulali mnie na wiele kwestii, które później stały się trzonem mojej życiowej postawy.

W waszej muzyce wyraźnie słychać frustrację, gniew, niektórzy wspominają też o desperacji, jednak sami wskazujecie, że twórczość Hanako ma te emocje tłumić, a nie intensyfikować. W przytoczonym wywiadzie dla Violence Online powiedzieliście: „część muzyki z tego nurtu sprzyja oswajaniu społecznych tematów tabu” – możecie opisać, w jaki sposób? Chodzi o mówienie wprost, bezpośrednio?

Krzysztof: Chodzi o (wciąż niezbyt popularne) okazywanie emocji. Nawet tych niezbyt „atrakcyjnych”. Pokazywanie, że każdy człowiek ma chwile słabości i nikt nie jest doskonały. Tłumienie w sobie złości, smutku, czy innych nieprzyjemnych emocji pogłębia problem, prowadzi do załamań i utrudnia życie. Wciąż mówi się, że „chłopaki nie płaczą” czy „złość piękności szkodzi”. Z punktu widzenia psychologii są to bzdury, które doprowadziły do niejednej poważnej tragedii. Te emocje generuje w nas cały świat i poprzez muzykę się z nich oczyszczamy. I jeśli chociaż jeden z naszych słuchaczy oczyszcza się razem z nami, to naprawdę możemy być z tego dumni.

Mateusz: Poruszyłaś kilka aspektów. Może zacznę od końca. Jeśli bezpośredniość jest środkiem do osiągnięcia celu, jakim jest opisanie zjawiska w ciekawy, nowy sposób, to super. Najczęściej, jeśli ktoś mówi teraz w polskim punk rocku coś otwarcie, brzmi to jak hasła na demonstracji. Nie widzę w tym nic złego, ale nie pociąga mnie to artystycznie. Jeśli chodzi o „oswajanie społecznego tabu”, to myślę, że te odłamy muzyki gitarowej, w których obszarach się poruszamy, sprzyjają wyzwalaniu niedoskonałych emocji w niedoskonałej formie. Są jakimś ziarenkiem piasku przy budowaniu malutkiego zamku akceptacji dla odszczepieńców. Znam osoby, którym to jakoś tam pomaga, albo przynajmniej na czas przyjścia się na koncert trafiają w jakieś bardziej przyjazne otoczenie. I idąc do końca mojej wypowiedzi, a jednocześnie początku pytania: to zależy od wrażliwości naszych odbiorców, co im jaką emocję tłumi, a jaką intensyfikuje. Wspomniałaś o gniewie, frustracji i desperacji. Z trzech wymienionych przez ciebie uczuć wydaje mi się, że czasami gniew jest jak najbardziej uzasadniony i niekoniecznie należy go tłumić. Czasem nawet na jego gruncie może wyrosnąć coś dobrego.

Nagrania Hanako często bazują na pewnej dychotomii – niektórzy mówią o chaosie i melodii, inni o odwadze, ale też o postawie outsiderskiej, introwertycznej. Zależy wam na zachowaniu równowagi? Czy może któraś z tych cech jest wam jednak szczególnie bliska?

Mateusz: Dla mnie nie ma dychotomii pomiędzy odwagą, a postawą introwertyczną czy outsiderską. Powiedziałbym wręcz, że outsideryzm w dobrej sprawie po prostu jest odwagą. Ale czy rzeczywiście jesteśmy jakoś bardzo outsiderscy? Graliśmy z różnymi składami i dla różnych osób i nie dostrzegłem z ich strony dystansowania się do nas. Wręcz przeciwnie. Chaos i melodia w ramach granej przez nas muzyki to też oswojone rzeczy. Myślę, że na swoim poletku nie jesteśmy bardziej chaosowo-melodyjni, niż na przykład taki Anatol czy Gołębie w swoich stylistykach. Nie wiem, czy któraś z tych wymienionych cech jest mi szczególnie bliska. Jeśli granie dysonansowych akordów można nazwać chaosem, to może chaos? Gadałem kiedyś o tym z Dawidem, gitarzystą Torn Shore – o tym, że jak nie zajebiemy przez parę taktów jednego dysonansu, to coś nam nie gra w numerze.

W recenzji waszych EP-ek przeczytałam takie zdanie: „schowanie wokalu w sam środek jazgotu – demokratyczne i skromne”. Faktycznie o to chodziło?

Bibi: Z tym wokalem to jest niekończąca się historia. Ja lubię, kiedy wokal jest trochę schowany, ale przez to, że słucham dużo muzyki zmiksowanej w podobny sposób, jestem przyzwyczajona i zwyczajnie dobrze go słyszę. Myślę, że to trochę kwestia osłuchania. Podczas miksu jednego z kawałków Hanako, ściszaliśmy z Łukaszem Ciszakiem (Guiding Lights, Primate Tapes) wokal chyba z pięć razy, a potem ktoś w recenzji napisał, że jest za głośny, więc zaczynam się czuć, jakby każdy miał własną wizję. Na pewno nie chodzi tu o skromność, bo to nie jest tak, że się wstydzę i celowo każę go ściszać. Demokratycznie? Prędzej, bo lubię, kiedy wokal traktuje się jako jeden z instrumentów. Nie jestem też Edytą Górniak, żeby chcieć grać koncerty, na których słychać tylko moje wrzaski. Chłopaki nie są w zespole dla ozdoby [śmiech].

Mateusz, w wywiadzie dla Violencie Online powiedziałeś: „kocham grać, reakcja ludzi na Hanako bardzo mnie cieszy, ale czasem po ludzku wątpię i nie mam na to wszystko siły”. Co cię męczy, zniechęca, co odbiera motywację?

Mateusz: Myślę, że trzeba to powtarzać w nieskończoność, bo niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę: muzyka niezależna to taka zajawka, która w znacznej większości przypadków nie przekłada się na żadne profity finansowe. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo zajmują się nią osoby, które robią to z potrzeby serca. Złe, bo jest duże przyzwolenie na bylejakość. Kiedy granie takiej muzyki, jak na przykład nasza, ma taki status jak teraz, to musisz się pierdolić z przygłuchymi, przejaranymi akustykami, których klub bierze, żeby robić twój nieopłacalny gig, producentami, których nie opierdolisz, bo są twoimi dobrymi kolegami i robią po kosztach, kolegami z zespołu, którym nie wyrzucisz tego, że nie przyszli na próbę, bo zapomnieli przez nakurwianie nadgodzin w pracy, albo organizatorowi koncertu, że źle spojrzał w kalendarz. Chodzi mi o jakieś zaniżone standardy wobec znośnego traktowania siebie nawzajem. Trudno oczekiwać, żeby jacykolwiek ludzie poza tym małym światkiem traktowali cię poważnie, jeśli bardzo często nie potrafimy poważne potraktować siebie nawzajem. Zajmowanie się muzyką staje się w pewnym momencie(z życiowego punktu widzenia, kiedy przekraczasz pewien wiek) czymś w chuj niepoważnym, bo widzisz, jak garstka zapaleńców się wykrwawia, żeby ściągnąć na przykład pięć osób na koncert awangardowego artysty, grającego na kasetach magnetofonowych i cymbałkach. Kiedy wkładasz w granie i robienie koncertów dużo czasu, coś zawsze na tym cierpi, najczęściej po prostu twoje życie poza-muzyczne. Wielu decyzji podjętych przez ostatnią dekadę jako grajek i booker bym nie powtórzył, bo uznałbym je za stratę czasu i energii. W pewnych momentach życia zajmowanie się muzyką zabrało mi nieporównywalnie więcej, niż dało.

Ale mimo wszystko jest grono osób, które ciągle chcą – niezależnie od tego, czy im się opłaca, czy nie. W Poznaniu działa ekipa Miłość Krąży, w Gorzowie jest środowisko skupione wokół labelu dym, w Szczecinie – Domek Grabaża

Bibi: Są takie osoby i mam nadzieję, że ktoś im kiedyś postawi pomnik. Radek Soćko czyli TegoSłucham, Miłość Krąży, ekipa związana ze składem UGORY, Gorzów (pozdrowienia dla Tomka Malewicza i Kwaziego) czy Michał Supiczyński i chłopaki z Jesieni, którzy działają w Końcu Świata w Toruniu to osoby, z którymi zawsze chętnie coś zrobię i których miasta zawsze chętnie odwiedzę. Ale podziwiam też osoby, którym chce się chodzić na koncerty – niektórzy potrafią dla niezalowego koncertu przejechać kilkaset kilometrów.

Krzysztof: Szczególne wrażenie zrobił na mnie koncert w Szczecinie, chociaż i Miłość Krąży i dym i ekipy warszawskie, krakowskie itd. robią wspaniałą robotę. Muzyka niezależna od lat ma status bardzo ekskluzywnej, niedostępnej, nieprzyjaznej nowym słuchaczom. I wiąże się to z tym, że gramy naprawdę miłe dla nas koncerty – dla mniejszej lub większej, ale zdecydowanie ukierunkowanej publiczności. Wiesz, na koncert w takim Toruniu, Warszawie czy Poznaniu zawsze przyjdzie jakaś punkowa ekipa i będziesz się dobrze bawić, ale w Szczecinie doświadczyliśmy czegoś zupełnie innego. Cały klub wypełniony ludźmi spoza naszego środowiska – ubranymi inaczej niż zwykle, w dziewięćdziesięciu pięciu procentach nie znającymi zespołów, na które przyszli. I to było niesamowite wyzwanie, ale udało się ich poruszyć i zagraliśmy jeden z najlepszych naszych koncertów. Radek wykonuje w Szczecinie niesamowitą pracę u podstaw, ale takich ludzi potrzeba więcej. Na szczęście pojawiają się jeszcze tacy szaleńcy.

Na czym, waszym zdaniem, taka praca u podstaw polega?

Krzysztof: Przede wszystkim na uświadamianiu ludziom, że istnieje jakaś muzyka poza tą, która leci w radiu. W Polsce za alternatywę uchodzą wykonawcy związani z Męskim Graniem, tacy jak Fisz czy Monika Brodka. Nie chcę mówić, że grają złą muzykę, ale stanowią malutki czubeczek ogromnej góry lodowej. Myślę, że gdyby muzyczne media, radio, ale też sami niezależni artyści nie zaniedbali tego tematu przez ostatnie trzydzieści lat, dzisiaj nie musielibyśmy się martwić, czy na koncert w Chmurach przyjdzie piętnaście osób. I w drugą stronę – każdy nieświadomy istnienia muzyki niezależnej, znalazłby coś dla siebie, bo naprawdę jest w czym wybierać.

Mateusz: Na pracę u podstaw jest szansa, kiedy mówimy o mniejszym mieście albo zwartej ekipie robiącej akcje nie tylko muzyczne. Czyli albo miasta, gdzie za dużo się nie dzieje i wszystko, co się dzieje jest dla osób łaknących obcowania z muzyką wręcz na miarę złota, albo na przykład skłoty, będące małymi centrami aktywistyczno-kulturalno-edukacyjnymi. Mam nadzieję, że w Warszawie na takie miejsce wyrośnie teraz Pogłos, byłoby super. Kiedy grałem z Brooks Was Here w Tczewie, na koncert przyszło sporo młodych osób w koszulkach Comy. Ten sam target by na nas nie trafił w Warszawie, gdzie może sobie pójść na koncert Roguca i spółki. Ale nawet w mieście, gdzie jest taka konkurencja muzyczna, jak w Warszawie, gdzie każdy ma swoją niszę, jeśli mobilizujesz społeczność i robisz regularnie ciekawe rzeczy, to ma to jakiś sens. Możliwe, że po czasie okaże się, że ktoś dobrze wspomina zorganizowany przez ciebie gig, ktoś odkrył fajny zespół, ktoś założył zespół, ktoś miał gówniany dzień, który ostatecznie był trochę mniej gówniany. Więc chyba to, co jest pracą u podstaw zależy od tego, jak definiujesz podstawy, ale jak na przykład robisz koncert jakichś hardcore’owców, którzy przejechali do ciebie pół Europy i przychodzi na nich garstka osób, to trudno poczuć się jak doktor Judym.

Krzysztof (mówiąc o polskiej muzyce niezależnej) zaznaczył, że jest w czym wybierać. A wy co wybieracie? Co byście polecili?

Krzysztof: Moim soundtrackiem do tego wywiadu jest nowy Mazut. Daleko mi zwykle do takiego gadania, że gdyby jakiś zespół powstał gdzieś na zachodzie, to byłby wielki, ale w przypadku tych chłopaków mogę się pokusić o wyjątek. Jeśli kogoś interesuje muzyka Hanako, to z pewnością powinien sprawdzić we watch clouds – moim zdaniem autorów najlepszej polskiej płyty zeszłego roku. Są cudowne chłopaki z poznańskiego Revive… Mógłbym tu wymienić ze 100 zespołów. Zachęcam do researchu na własną rękę. To naprawdę przyjemność.

Bibi: Moje ulubione niezalowe projekty ostatnio to: SKY – jedna z piękniejszych i bardziej spójnych rzeczy, jakie się dzieją na naszym podwórku, Anatol ze świetnym songwritingiem i energią, oniryczno-tripowy Sour Gold Cicadas. Bardzo lubię solowe płytki Łukasza Ciszaka i to, co robi z Guiding Lights. Jestem wielką fanką zespołu Zwidy, z którymi zagraliśmy ostatnio kilka koncertów. Miałam okazję się dograć do nowego materiału UGORÓW i cała płyta jest absolutnym sztosem, a Robert Śliwka to najlepszy wokalista świata. Palcolor wydał ostatnio świetną płytę. Poza tym warto śledzić mój ulubiony zespół screamo ever, czyli we watch clouds i składy, takie jak bezgwiednie czy Welur. Mogłabym jeszcze długo wymieniać, ale fajnie też czasem odkryć coś w zupełnie nieoczywisty sposób, tak jak ja kiedyś odkryłam Jana Stracha, słuchając malutkiej, internetowej rozgłośni z Londynu.



Mateusz: Bardzo czekam na płytę Weluru i bezgwiezdnie, bo to zespoły grające muzykę, jaką zawsze chciałem grać, ale nigdy mi to nie wychodziło, więc świetnie się złożyło, że wreszcie ktoś ją zagrał za mnie. Bardzo podobały mi się zeszłoroczne rzeczy od SKY, Tutti Harp. Rosy Vertov, Poly Chain, Low Standards, Domu Złego, Hidden World, Wild Books, Nac/Hup Report, Wolves At The Door, Radosława Kurzeji, Mchów i Porostów, Anatola i wczasów. Ale moim małym, tragicznie przegapionym numerem jeden z zeszłorocznych polskich płyt jest Szezlong. Piękna płyta, która bardzo do mnie przemówiła w pewnym momencie życia. I tak, jak powiedział Krzysiek: to tylko skrawek świetnych rzeczy z ostatnich miesięcy. Jeśli ktoś jest na bieżąco, to każdego miesiąca może trafić na coś interesującego. Z nowszych rzeczy mogę powaflować ziomkowi z zespołu i polecić Sour Gold Cicadas wydane w enjoy life.

 

Paweł: Trochę mi głupio mówić o polskim niezalu bo w większości to klepanie koleżanek i kolegów po ramieniu. Jaram się jak głupi wszystkim co robią Bibi, Mateusz i Krzysiek. The Spouds i Zwidy to moim zdaniem absolutny top, nie tylko teraz i nie tylko w Polsce. Do tych dwóch dorzuciłbym jeszcze Setting The Woods On Fire (gdyby jeszcze grali) , których muzyka robiła ze mnie prawdziwego emo małolata. Poza gitarami, zgadzam się z Krzyśkiem – Mazut to narodowe dobro i należy o ten skład dbać. Bardzo lubię także muzykę tworzoną przez warszawskiego producenta Jacka Kozłowskiego (czasami ambient, czasami minimal) i całą rzeszę pozostałych zdolnych, pięknych ludzi.

Skoro mówimy o niezalu: powiedzieliście, że nagrania w wersji DIY są bardziej precyzyjnie chwytają moment, są bardziej autentyczne. Możecie rozwinąć tę myśl?

Mateusz: Nie mieszałbym do tego autentyzmu, bo każdy przez ten termin rozumie coś zupełnie innego. Dla Krzysztofa Krawczyka na przykład nieautentyczne byłoby nagranie płyty u Łukasza Ciszaka. Chociaż też nie wiem, trzeba by się jego zapytać. [uśmiech]

Krzysztof: Działanie DIY pozwala nam przedstawić album w dokładnie takiej postaci, w jakiej chcemy. Każdy błąd jaki popełniamy podczas nagrania, jest naszym błędem, dzięki czemu słuchacze dostają zapis zespołu takiego, jakim jesteśmy. Lubimy, gdy muzyka na nagraniach oddaje to, czym zespół jest na żywo. Myślę, że pod tym względem możemy mówić o autentyczności. Jednakże fakt, że staramy się robić całą płytę w gronie naszym i naszych przyjaciół, ma wymiar czysto praktyczny – jest szybciej, taniej i po naszemu. Nie przepuszczamy tego przez filtr autentyczności.

Bibi: Nie wiem, co by było, gdybym miała za dużo pieniędzy, ale wydaje mi się, że nagrywanie w warunkach polowych jest nie tylko wartością samą w sobie, jako wyraz ducha DIY, ale jest też odzwierciedleniem tego, jak powstawał materiał. Większości polskich muzyków niezależnych nie stać na piękne salki prób i drogi sprzęt. Nad wymuskane brzmienie przekładamy wizję, talent i pomysłowość producentów. I może też o to właśnie chodzi? Może gdzieś w tych nagraniach słychać godziny przejechane tramwajem numer 6 na salkę prób z ważącym 10 kilo casem? Tak sobie tylko gdybam, to wszystko równie dobrze może być nieprawdą.

Paweł: To chyba są moje słowa więc czuję się w obowiązku dostarczyć wyjaśnień. Uważam, że w muzyce, którą tworzy Hanako, autentyczność (rozumiana jako eksponowanie surowych emocji) powinna grać pierwsze skrzypce. I w tym zakresie odnosiłem się wyłącznie do kwestii czysto technicznych, związanych z realizacją nagrań czy post-produkcją materiału. Lubię, kiedy płyta jest nagrywana trochę na przypał, a zespół brzmi jakby grał koncert. Moim zdaniem tylko wtedy słychać, czuć tę specyficzną wrażliwość. I nie są to emocje związane ze stresem, spowodowanym nagrywkami (musi być równo, a partie gitary muszą być idealne wbite), tylko realna więź z wykonywaną muzyką. Ma to swoje plusy także poza studiem nagraniowym. Tak podchodzący do sprawy skład raczej nie rozczaruje ludzi na koncercie, gdyż oni dokładnie wiedzą, czego się spodziewać. Znam niestety takie przypadki, że jakiś tam skład elegancko wyprodukował sobie płytę, wbił 2137 ścieżek gitar, spróbkował bębny, a na żywo brzmiał jak zespół z licealnej kanciapy. Oczywiście nie uważam, że profesjonalna produkcja materiału jest czymś złym w ogóle, po prostu sądzę, że nie pasuje do tego co chcemy za pomocą naszej muzyki przekazać.

Jeśli już mowa o tym, w jaki sposób powstają wasze nagrania, pora rozwinąć ten temat. Działacie w różnych składach i na wielu polach – jak udaje się wam zgrać? Jak wyglądają wasze próby?

Paweł: Z Hanako akurat mamy komfortową sytuację. Mamy salkę prób i spotykamy się regularnie, raz w tygodniu a czasami, kiedy mamy ochotę, to częściej. Pod koniec zeszłego roku graliśmy na przykład codziennie przez prawie tydzień. A na samych próbach jest bardzo wesoło: słuchamy jazzu, rozmawiamy o rapie i ćwiczymy jogę, czy na co tam akurat mamy ochotę.

A nowy materiał? Kiedy można się go spodziewać?

Krzysztof: Jesteśmy już bliżej niż dalej ukończenia materiału. Po ostatnich koncertach wstąpiła w nas bardzo duża energia i pisanie piosenek idzie nieco łatwiej. Zakładając, że nagramy to dosyć szybko i nie wyłożymy się na kwestiach wydawniczych, wczesna jesień 2018 jest w naszym zasięgu. [uśmiech]

Mocno trzymam kciuki!

3 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s