Oficyny #1: Jasień

Wzruszające szmery, klaustrofobiczny ambient i bajeczne sample.

Kategorie, które wyodrębniłam na blogu, nieco zdradzają moje zamiary i sygnalizują, jakimi tematami zamierzam zajmować się tu najczęściej. Niektóre cykle zostały już zainaugurowane, inne są jeszcze w fazie planowania, a jeden z nich, dla mnie bardzo ważny, premierę ma właśnie dziś.

„Oficyny” mają być regularnie publikowanymi zestawieniami, przedstawiającymi katalogi i działalność różnych – zazwyczaj małych i niezależnych – wytwórni. Większość z tych wytwórni wrzuca materiały swoich podopiecznych na Bandcampa, choć będą zdarzały się wyjątki w postaci innych platform streamingowych. Wspólny mianownik pozostanie jednak niezmienny – założenie jest takie, aby proponowane tu brzmienia były ładne i świeże. Niby prosta sprawa, a mimo to, naprawdę często można dotrzeć na koniec internetu, kierując się tym tropem. Pierwszym labelem, na którym się skupię, będzie Jasień, ponieważ – jak widnieje na jego fanpage’u – „zajmuje się wydawaniem dziwnej i niszowej muzyki w małych nakładach”. Kolejnym argumentem, przemawiającym za moim wyborem jest fakt, że oficyna ta nie ma w swoim katalogu ani jednej słabej rzeczy, chociaż tak naprawdę szukałam po prostu pretekstu, aby w końcu napisać kilka zdań na o Evvolves.  Kolejność przedstawianych materiałów jest przypadkowa.

Grupa Etyka Kurpina – „Montevideo” | 2015

Na Facebooku projektu można przeczytać, że wśród jego inspiracji znajdują się „dadaizm, stare radio i surrealizm”. Nawiązuje do tego również opis całego przedsięwzięcia, zgodnie z którym Grupa Etyka Kurpina „eksploruje techniki audio-kolażu i plądrofonii, używając sampli zaczerpniętych z taśm, kaset VHS i dawnych audycji radiowych”. Próżno jednak szukać tu szalonego eksperymentu i powykręcanych, abstrakcyjnych motywów – „Montevideo” jest bowiem wydawnictwem niewątpliwie kameralnym, które bardziej ceni sobie harmonię, niż zaawansowaną dekonstrukcję. Materiał sprawia wrażenie oszczędnego w środkach, jednak w istocie zawarte jest na nim całe mnóstwo barw, na dodatek podanych w najróżniejszych odcieniach. Potrzeba niezwykłego skupienia i koncentracji, aby obcować z dźwiękami, jakie skleja i montuje Grupa Etyka Gurpina, ale warto się wysilić, aby odlecieć do miejsca, z którego nie chce się wracać.

Harry & The Callahans – „Leather Highway (Midnight”) | 2014

Harry & The Callahans miało być zapomnianą grupą pochodzącą z Detroit, która w latach 80. i 90. ubiegłego wieku zarejestrowała sporo nagrań, rozproszonych po różnego rodzaju amatorskich wydawnictwach. Sugeruje to także brzmienie formacji, reprezentujące wszystkie cechy klasycznego garage rocka – brudne lo-fi, oparte na szumach i trzaskach, zniekształcone tak, jak przystało na materiał nagrywany w pełnej kurzu kanciapie. Jak się jednak okazało, muzyka ze Stanów pojawia się tu jedynie w formie inspiracji, a za psychodeliczne, piwniczne granie odpowiedzialni są przedstawiciele formacji Kaseciarz (znaleźli się detektywi, którzy przeprowadzili zakończone sukcesem śledztwo). I całe szczęście, bo zamiast z nostalgią mówić o czasach, które zna się tylko – nomen omen – ze słyszenia, można się chwalić, że genialne projekty powstają także teraz.

Evvolves – „Mosses” || 2016

Bardzo lubię shoegaze, choć nie wszystko, co jest rasowym shoegazem, przypada mi do gustu. Uzasadnienić mogę to w naprawdę prosty sposób: trafiłam na tego typu brzmienia poprzez kontakt z post-punkiem i zimną falą, tak więc zawsze będę szukała w wydawnictwach nawiązujących do shoegaze’u dużej ilości surowość i chłodu. Bardziej bowiem interesuje mnie pewne charakterystyczne dla niego rozedrganie, niż masywne ściany dźwięku. Wielką przyjemność sprawia mi więc słuchanie hałasów i zgrzytów, które wpadają w pewien marzycielski ton – takich, będących zdecydowanie bliżej rozmytego dreampopu i mglistego noise’u, niż wszechobecnej miazgi. Evvolves jest w tym natomiast doskonałe, dlatego skradło moje serce już podczas pierwszego kontaktu z „Mosses”. Po pierwsze: wyraźnie słychać tu falowe inspiracje. Po drugie: materiał ten jest niezwykle delikatny i psychodeliczny. Po trzecie: gitarowe mozaiki, serwowane przez Evvolves, nie są nachalne, ani też wymuszone, mają za to naprawdę sporo uroku. Po czwarte: proporcje między chroboczącym, chropowatym brzmieniem, a miłymi melodiami są na „Mosses” idealnie zachowane, dzięki czemu można się jednocześnie bać i bujać. Szkoda tylko, że zespół nie ma z kim konkurować, bo zdaje się, że nie działa w Polsce drugi projekt, który proponowałby podobne brzmienia, utrzymane na podobnie wysokim poziomie.

Ter – „Remains” | 2017

„Remains” można opisać jako osaczający ambient, który wciąga słuchacza w niebezpieczną grę. Zawarte na albumie utwory, choć oparte w dużej mierze na niespiesznym tempie i wręcz nieznośnym spowolnieniu, powodują szaleńcze bicie serca i wszechogarniający niepokój. W końcu nie istnieje nic bardziej przerażającego, niż ciasne, puste przestrzenie, w których zaczyna brakować powietrza. Dwa tygodnie temu świetnie opisał to Jarek Szczęsny, więc zostawię mu tutaj trochę miejsca.

Cztery to ładna liczba, więc na tylu wydawnictwach dziś skończę, chociaż wiadomo, że do katalogu labelu Jasień będę jeszcze wielokrotnie się odnosić. No ale – nie po to założyłam bloga, aby wszystko, co najlepsze, wrzucić w jednym wpisie. Przyjemność trzeba dawkować, żeby nie stracić ochoty na więcej.

Reklamy

2 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s