Taśma na Bandcampie #1: Pointless Geometry

Trzy kasety i zmiażdżone uszy.

Kaseta to nośnik, do którego mam największą słabość – bardziej z przyzwyczajenia niż sentymentu, bo po prostu przez długi czas nie miałam na czym słuchać cedeków, a o winylach wolałam nawet nie marzyć. Sprawa zmieniła się dopiero, gdy w wieku piętnastu lat dostałam boomboxa, a dwa lata później laptopa, no ale co się namęczyłam z taśmami, to moje. Lata obcowania z dźwiękami odtwarzanymi na lekkim zamuleniu wyczuliły mnie na tego typu estetykę tak mocno, że obecnie niezwykle często do niej wracam, zamiast cieszyć się, że nie jestem już skazana na wszystko, co przypadkowo było hardym lo-fi. Inna sprawa, że kasety są teraz tak pięknie wydawane, że aż dech zapiera – ze świetnymi książeczkami i przyciągającymi uwagę okładkami, a poza tym mam naturę zbieracza, więc naprawdę jaram się wszystkim, co wychodzi w limitowanych edycjach. Jaram się też Bandcampem, a zdaje się, że Bandcamp lubi kasety tak samo, jak ja, więc postanowiłam regularnie podrzucać tu co ciekawsze pozycje z nadzieją, że zajawka pójdzie w świat. Zacznę natomiast od Pointless Geometry – labelu proponującego eksperymentalną elektronikę, czasem techno, czasem noise’y, zawsze opatrzoną cudowną szatą graficzną. Wybrałam trzy wydawnictwa, a klucz był banalny i oczywisty – te, które podobają mi się najbardziej.

Wrong Dials – „Unnecessary But True” | 2016

Urzeka mnie tytuł tej kasety, ponieważ równie dobrze mogłabym go odnieść do powyższego wstępu. Zresztą, Wrong Dials ma dryg do doskonałych nazw, bo materiał wydany tego samego roku dla gorzowskiego dymu opatrzony jest chwytającym za serce hasłem „Życie smutne też jest wesołe” (dodałabym do niego jeszcze: „a masywna i mięsista elektronika nie zawsze bywa groźna”). Na „Unnecessary But True” znajduje się dziewięć nagrań, a wszystkie mają w sobie coś kwaśnego i kanciastego, co wciąga słuchacza tak bardzo, jak mój stary magnetofon kasety, to znaczy: zasysa i za każdym razem odrobinę niszczy. Produkcje oparte są na ostrych krawędziach i metalicznym dźwięku – nieznośnym, ale jednak mocno intrygującym. Cale wydawnictwo iskrzy się i skwierczy, a w konsekwencji trochę topi mózg, chociaż wcale mi to nie przeszkadza. Ciekawe natomiast jest to, że przy tej wszechobecnej destrukcji, wszystkie utwory są zdecydowanie przestrzenne, a momentami wręcz sterylne, choć mimo wszystko brzmią tak, jakby wydobywały się z pracowni jakiegoś szalonego inżyniera. Bardzo żałuję, że nie udało mi się jeszcze usłyszeć Wrong Dials w wersji live (okazja była na przykład we wrześniu podczas drugiej edycji Dym Festival), bo jestem pewna, że obcowanie z twórczością Mateusza Rosińskiego na żywo skutkuje tak samo ogromnym wrażeniem, co totalnym porażeniem.

FOQL – „Black Market Goods” | 2015

Na temat muzyki FOQL pisałam już w ramach tegorocznego bandcampowego podsumowania, ale omawiane tam „Lower Your Expectations” nieco różni się od jej wcześniejszych wydawnictw – jest ono bowiem mniej surowe i mniej ascetyczne, proponuje też bardziej rozbudowane kompozycje. Nie znaczy to jednak, że „Black Market Goods” jest gorsze, ponieważ zawarte na nim nagrania uderzają pewną hipnotyczną aurą i, choć oszczędne w środkach, potrafią obezwładnić. Podobnie, jak w przypadku Wrong Dials, tak również tutaj mamy sporo acidowych motywów, jednak o innym natężeniu i podanych w innych proporcjach. FOQL proponuje brzmienie z pozoru spokojniejsze, w konsekwencji zaś bazujące na elementach wzbudzających poczucie niepokoju i zagrożenia. Taki trop interpretacyjny zdaje się potwierdzać sama Justyna Banaszczyk, która w wywiadzie dla Nowamuzyka.pl mówi: „Jeśli moja muzyka w jakiś sposób odzwierciedla niepokój, w jakim przyszło nam wszystkim żyć i jest to czytelne również dla słuchaczy, tylko może mnie to cieszyć”. Podkreślić jednak trzeba, że materiał zawarty na „Black Market Goods” nie jest w żaden sposób apokaliptyczny, ani przygnębiający – jest w nim potężna energia i siła, jakby nad całym wydawnictwem unosiło się wyraźne hasło: „Żywcem mnie nie weźmiecie”.

Mchy i Porosty – „Bardzo ciepłe lato” | 2015

Mchy i Porosty to Bartosz Zaskórski, który o swojej muzyce mówi, że są to „smutne, taneczne dźwięki”. To prawda, da się tańczyć do „Bardzo ciepłego lata”, ale trzeba mieć sporo werwy i motywacji, by nadążyć za zawartym na kasecie szaleńczym tempem, uzupełnionym o różnego rodzaju szmery i zniekształcenia. Bardziej skłaniam się więc ku stwierdzeniu, że do dźwięków Zaskórskiego można skakać i pląsać w rytualnym amoku, niż grzecznie tupać sobie nóżką (jeśli ktoś natomiast spróbuje tego drugiego, prędzej wpadnie w wyrytą przez siebie dziurę, niż odpręży się i zrelaksuje). Prawda jest bowiem taka, że materiał wydany dwa lata temu nakładem Pointless Geometry jest dla ludzi, których stać na nieziemski wysiłek i którzy nie łapią przy tym zadyszki. „Bardzo ciepłe lato” pędzi, jakby próbowało przegonić samego siebie, jest wściekłe, kompulsywne i rozbujane – tej siły na da się już zatrzymać, można jedynie dołączyć do korowodu. Wydaje mi się, że tak mógłby brzmieć Narkopop” Gasa, gdyby był bardziej dosłowny i odmulony.

Trzy kasety na dziś wystarczą – i tak trzeba będzie po nich odsapnąć i zregenerować siły. Jeśli jednak ciekawi Was temat tego nośnika, warto zajrzeć na fanpage’a Tapes Matter, a także włączyć Radio Luz, gdzie nadawana jest audycja „Tasiemiec” – tam również znajdziecie sporo dobrego.

Reklamy

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s