Polska muzyka na Bandcampie – rok 2017

Zgiełk i hałas z rodzimego podwórka.

Lubię poznawać polską muzykę (choć moim numerem jeden od lat jest „Nowa Aleksandria”), a w szczególności lubię nagrania, które można streamować na Bandcampie. Powodów jest kilka, ale sprowadzić można je do krótkiego, prostego uzasadnienia: nie ma drugiego takiego sklepu, to znaczy – nie ma sklepu, w którym za darmo można odsłuchać techno z Rosji, post-punk z Chile, shoegaze z Gruzji, albo, no nie wiem, skandynawskie rapsy, a następnie kupić je na jakimś wymyślnym nośniku, opatrzonym własnoręcznie robioną okładką. Możliwe, że jest w tym lekki snobizm, ale nie o to chodzi – chodzi o to, że Bandcamp stwarza wręcz nieograniczone możliwości zarówno słuchaczom, jak i muzykom, o czym wspominał m.in. Alegria w wywiadzie dla Nowamuzyka.pl. No właśnie – nowamuzyka! Niedawno opublikowałam na jej łamach moje podsumowanie tego, co w tegorocznej rodzimej elektronice wydawało mi się najciekawsze, na końcu zestawienia zaznaczając, że przecież są jeszcze inne estetyki, które również zasługują na uwagę. Obiecałam, że do nich wrócę i dotrzymuję słowa, publikując subiektywny przegląd polskich wydawnictw, bazujących przede wszystkim na gitarach, choć generujących naprawdę różnorodne brzmienia. Kolejność alfabetyczna.

30 kilo słońca – „Zamach” | Plaża Zachodnia

30 kilo słońca masakruje uszy, ale robi to w tak doskonały sposób, że naprawdę trudno jest z tego zrezygnować. Muzyka, zawarta na longplay’u wydanym przez Plażę Zachodnią, jest masywna i wrzaskliwa, ale – paradoksalnie – cechuje ją niebywała lekkość. Duża w tym zasługa motywów klawiszowych i basu, które momentami wysuwają się na pierwszy plan, pozwalając utworom brzmieć bardziej przestrzennie i czysto. Przykładem niech będzie nagranie „asertywny”, gdzie pojawiają się ciekawe interwały, bazujące na solidnym trzaskaniu w struny i delikatnych, choć nie zwalniających tempa, klawiszowych przebitkach. „Zamach” jest więc mięsisty, dudniący, żarzący się, ale jest na nim również trochę miejsca na łagodniejsze fragmenty, na pewno nie mniej ważne. Podoba mi się ta zadyma, bo jest to zadyma kontrolowana, sprawiająca wrażenie gruntownie przemyślanej. W tym miejscu wypada przytoczyć zdanie Wojtka Bąkowskiego, który powiedział kiedyś, że „najlepsza improwizacja jest wtedy, gdy czuwasz nad jej przebiegiem”.

Gołębie – „Wrzesień/Październik”

Gołębie są z Poznania, a ich skład tworzą muzycy, którzy w ostatnim czasie wręcz trzęsą poznańską sceną na-różne-sposoby noise’ową (a przy okazji robią fajne disco polo – byłam na koncercie, widziałam i słyszałam). Noise ten jest jednak podawany w różnych częstotliwościach, a na EP-kach Gołębi oscyluje na granicy hałasu i chwytliwych melodii, brudu i przebojowości. „Wrzesień/Październik” jest więc materiałem zgrzytliwym, trzeszczącym, chwilami nieznośnie głośnym, ale na tym polega urok tej EP-ki – powoduje ona u słuchacza z jednej strony uczucie dyskomfortu, z drugiej natomiast radość i przyjemność obcowania z czymś niesamowicie autentycznym, świeżym i energetycznym. Trzeba jednak zaznaczyć, że trzy nagrania, zawarte na tegorocznym wydawnictwie Gołębi, mają w sobie też dużo nostalgii oraz melancholii i – biorąc pod uwagę datę ich premiery – sprawdzą się bardziej jako tło do nocnych, letnich wędrówek po mieście, niż beztroskich spacerów w ciągu upalnego dnia. Jeśli coś może być równocześnie pełne werwy i chłodnego dystansu, to z pewnością będzie to muzyka Gołębi – wyraźna, chropowata, nieco agresywna, ale przecież w ostatecznym rozrachunku przyjemnie bezkompromisowa. Noise rock z sąsiedztwa, najlepiej!

Królestwo – „Ćwiczenia repetytywne” | Music Is The Weapon

Na Bandcampie można przeczytać, że muzyka Królestwa nawiązuje do takich gatunków, jak math rock, noise, post-rock i yass. Tworząc tego typu mieszanki łatwo popaść w patos lub chaos, jednak gdyńska formacja radzi sobie wręcz perfekcyjnie i proponuje materiał pełen gracji, choć na pewno nie ugrzeczniony. Główny trzon nagrań, zawartych na „Ćwiczeniach repetytywnych”. stanowi duszny, ciężki, walcowaty rytm, który połączony jest z ostrym i wściekłym brzmieniem gitar. W konsekwencji EP-ka naszpikowana jest dźwiękami, które kojarzą się tak samo z gniewem, wzburzeniem i złością, co z niepewnością i zagubieniem. Najbardziej natomiast podobają mi się te fragmenty, w których można na chwilę złapać oddech – wtedy, gdy słychać całe tętniące instrumentarium. Nie znaczy to jednak, że tego typu momenty są spokojnie i wyważone – wręcz przeciwnie, nawet tu słychać siłę i moc, co sprawia, że obcując z EP-ką Królestwa, nie da się przegapić ani sekundy. W istocie, są to ćwiczenia, na dodatek szalenie wymagające. Łatwo tu o zadyszkę, ale chyba każdy pamięta to uczucie przyjemnego zmęczenia po solidnym treningu.

Nagrobki – „Granit” | BDTA

Początkowo nie byłam przekonana do Nagrobków, ale coś mnie podkusiło i postanowiłam posłuchać „Granitu” jeszcze kilka razy. I tak, jak zaczęłam, tak nie mogłam skończyć, nieustannie nucąc pod nosem „Kolejny dzień w urnie”. Sprawa z Nagrobkami jest bowiem taka, że po kilku podejściach zaczynają brzmieć całkiem znajomo, nasuwając coraz bardziej wyraźne skojarzenia z nową falą, która w latach 80. powstawała na terenach byłej Jugosławii. Nawet kategoria „nekropolo” mnie nie przeraża – w końcu czasem włączam sobie „Jesienną deprechę”. Zgodnie z bandcampowym opisem „Granitu”, treści zawarte na albumie traktują w większości o śmierci i przemijaniu – od kiedy jednak tematyka ta podana jest w tak nieprzymuszonej i spontanicznej wersji, śmierć nie jest mi już straszna i mam wręcz perwersyjną ochotę dalej o niej słuchać. Błędem byłoby jednak uznanie omawianego wydawnictwa za proste i przystępne – jest w nim bowiem coś, co powoduje ciarki na plecach. Ostatecznie więc „Granit” wydaje mi się bardziej próbą oswojenia niewygodnego, przerażającego tematu, niż chęcią obrócenia go w żart.

Pensjonat – „Lato w mieście”

Pensjonat to kolejny projekt, w którym udzielają się bracia Gawineccy, tutaj we współpracy z Kubą Kaczmarkiem, Romualdem Dziudą i Tomaszem Sękowskim. Jest to również kolejna ich formacja, opierająca swoje brzmienie na głośnych gitarach i wszechobecnym hałasie, jednak w tym przypadku zamkniętych w bardziej piosenkowych motywach. „Lato w mieście” to pięć noise-rockowych kawałków wprost z garażu, które – tak, zgadza się – mają zdecydowanie komercyjny potencjał. Świadczy o tym między innymi niesamowicie przebojowe, lekkie i bezpretensjonalne „Lato w mieście” – niby energetyczne, a jednak w jakiś bliżej nieokreślony sposób niesamowicie intymne. Myślę, że takie połączenie wariackich, choć nieprzekombinowanych melodii oraz odrobinę zakamuflowanej zmysłowości, to świetny kierunek i byłoby rewelacyjnie, gdyby zespół mocno się go trzymał, pracując nad kolejnymi utworami. Tak brzmi muzyka letnich, miejskich wieczorów.

pies – „minus”

Nie wiem, o co chodzi z tą miłością poznańskich muzyków do miejskich klimatów, ale tak, jak Pensjonat, tak również pies uczynił z miasta głównego bohatera swojego najbardziej przebojowego nagrania. Mimo to, tych przebojowych treści jest tutaj naprawdę sporo, ale jednak słuchając debiutu psa, cały czas mam wrażenie, jakbym miała do czynienia ze szkieletami utworów, z wersjami, które są jeszcze w znacznym stopniu surowe. Co więcej, EP-ka w takiej formie zdecydowanie mnie przekonuje i chyba nie chciałabym wiedzieć, jak brzmi ona po różnych wygładzeniach i wygłaskaniach. Oszczędność i skromność sprawiają, że „minus” zyskuje sporo wdzięku, często kojarząc się z młodzieńczą fantazją i niewinnością. Plusem jest również fakt, że w takim wydaniu, utwory brzmią bardziej rześko i wyraźnie – nie są już tylko urocze, ale też (a może nawet przede wszystkim) są bardzo charakterne.

Wesele – „Elegia na zamknięcie kąpieliska w Ciechocinku” | Złe Litery

Nie mam pojęcia, czym właściwie jest Wesele, ale to nic nie szkodzi. Okładka „Elegii na zamknięcie kąpieliska w Ciechocinku” mówi tyle samo, co sam tytuł albumu – będzie albo zabawnie, albo katastrofalnie, inaczej się nie da. Ciekawe jest jednak to, że obawy znikają od razu po pierwszym kontakcie z EP-ką, ponieważ zawarty na niej materiał nie jest ani przaśny, ani tym bardziej słaby. Mamy tu kwaśny, zakręcony yass, którego twórcy zdają się nie mieć żadnych barier. Linie melodyczne prowadzone są odważne, choć z pełnym luzem, całe instrumentarium kipi i dymi, a wokalista od czasu do czasu krzyknie coś do mikrofonu – swoboda przede wszystkim, ale z ogromną klasą i stylem. Takiej konferansjerski życzyłabym sobie na wszystkich weselach, na które w przyszłości będę musiała iść.

Wiry – „2017”

Tagów, które na Bandcampie opisują „2017” jest sporo, ale większość to różnego rodzaju wariacje na temat estetyki lo-fi, więc można przyjąć, że są one tak samo pomocne, co dezorientujące. Prawdą jest bowiem, że szkielet twórczości Wirów stanowi estetyka na wskroś garażowa, oparta na chropowatym, rzężącym brzmieniu, ale skąd w tym wszystkim „slow” – naprawdę nie wiem. Wirom daleko jest do leniwych dźwięków, a tworzone przez nich melodie raczej pędzą w szaleńczym tempie, niż snują się powoli, nieśmiałe i ledwo zauważalne. „2017” to muzyka dosadna, konkretna, siarczysta i rezygnująca z półśrodków na rzecz mosiężnych, obskurnych motywów. Według niektórych, przebojowość polega właśnie na rezygnowaniu z kompromisów – jeśli rozumiemy ją w ten sposób, Wiry są bardziej przebojowe, niż jest to możliwe. Diabelsko dobry album.

Osiem wydawnictw, a na nich sporo szumów, trzasków, zgrzytów i hałasów, więc na resztę przyjdzie czas, gdy trochę odsapniecie. Porcja jest naprawdę tłusta.

 

Reklamy

2 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s